Wywołana do tablicy przez post znajomej, wracam do Lasu.
Rok 2015, 12. maja:
Tęsknię za Lasem. Boże, jak mocno.
Nastały piękne dni. Tęsknię za rowerem.
Przez te jebane kolano mam irracjonalny strach przed bieganiem. Muszę mniej żreć. Słodyczy. Odwieczna walka z ciałem i mózgiem, wiekuiście przegrywana.
Jest tu taki park, siedzę w nim teraz. Ale to park: trawa jest równo przycięta, wierzba też (o zgrozo), samochody słychać za mocno, za blisko. Niby jest wiatr, są witraże ze słońca na ścieżce (nie na piaszczystej drodze), ptaki śpiewają. No ale co z tego, skoro są (choć starają się być bezgłośni. Starają się? Tak, trochę tak) ludzie.Tam ludzi nie było (nie licząc raz tej babki z psem i tego wędkarza).
Tęsknię za moimi książkami, do których nigdy nie zajrzałam, bo czytałam coś innego (tłumacz se, tłumacz). Tymi wyłowionymi z bibliotecznych wyprzedaży i tymi zamówionymi na urodziny i święta.
Przed chwilą miałam sekundowe, niczym błysk, uczucie: nienawidzę tego kraju.
Oczywiście było to głupie i tak naprawdę nieprawdziwe, wywołane tęsknotą. Nostalgią. Powinno być raczej: nienawidzę obecnej sytuacji. Czuję się obrabowana ze wszystkich rzeczy, które mnie stanowiły. Wyrugana ze swego naturalnego środowiska.
Brakuje mi Lasu. Siedzę na ławce, nie na trawie.
Zanosi się, że będzie to moje pierwsze lato bez summertime saddness - czyli bez wszystkiego tego, co ofiarowywał, dawał mi Las. Raczej nie znajdę tu nędznego falsyfikatu tamtego miejsca; teraz w takim siedzę.
Niezbyt to dobrze o mnie świadczy, skoro twierdzę, że właściwie tworzy mnie obecność rzeczy martwych. Rzecz, materia. Ale nasze bytowanie, przynajmniej tu, jest przecież m a t e r i a l n e. Innego nie znamy, tzn. znamy, każdy z nas zna - ale nawet w naszych głowach, te lepsze wersje nas, też odbierają ten tamten świat sensorycznie. Innej matrycy dla wyobraźni nam nie dano.
Mam rower, biegam, nawet kilka książek jest ze mną. Nadal jem słodycze.
Jeszcze o materializmie, który nie jest za darmo. Z mądrości książkowych:
"Brak pieniędzy powoduje, że człowiek staje się istotą prozaiczną i szarą".
Swoją drogą, książka z jednym z najbardziej irytujących głównych bohaterów. Takiego typa jak Amory jeszcze nie spotkałam.
Zapisek z 25. czerwca. A może to był 22? Słowa rozpłynęły się po całej szerokości kalendarza.
'I want money, power, glory'.
But most of all I want to turn back time. To the very beginning.
26.06, jedyna pewna data, bo zapisana.
Wypełnia mnie szarość, czyli (jak to zmierzono i pokolorowano w necie) zobojętnienie i mały...smutek? Zawód? Rozczarowanie? Coś pomiędzy i coś, co ma jednocześnie w sobie to wszystko.
Rzecz jasna, przed tym były inne słowa. Być może powód tego stanu, ale czy naprawdę? Czy już sama plączę się w pamięci? W takiej sytuacji lepiej zamilknąć, lecz oczy natrafiają na małe litery na dole strony, 21. czerwca:
Znów mam zobojętnienie. Ten stan nijakości.
W życiu odległym od roku 2015 mówiłam sobie na piśmie, pisałam sama do siebie, że chciałam - że miałam - przeżyć Lato. Chyba w dwóch zeszytach pojawiają się takie słowa; z trzecim dałam już sobie spokój.
Półka z fiolkami
Półka z fiolkami, czyli co tu można znaleźć
Czarodzielnica - miscellanea; teksty na różne tematy.
Kooocham Kinooo - post zawiera w sobie coś filmowego.
Musica Eternal - coś muzycznego, coś co zazwyczaj płynie mi w żyłach.
Księga Cieni - cytaty, książki.
Shut up and take my (imaginary) money - ciuchy. Ładne przedmioty. To, co mogłabym mieć.
Feduaura - osobiste.
W przygotowaniu: pod Wezuwiuszem (wnętrza, w których mogłabym mieszkać. Pod wulkanem mieszkała Magika de Czar), ...and to Her we shall return (natura; chciałam, aby na tym blogu wszystko było po polsku - niestety, nasz język średnio nadaje się na tagi)
środa, 8 czerwca 2016
poniedziałek, 6 czerwca 2016
Las
Nim Dante rozpoczął wędrówkę
przez kręgi piekielne, zgubił się w lesie. Ja wiem, że się nie zgubię.
W lesie koło szkoły najbardziej
doświadczałam summertime saddness. To tam najintensywniej czułam bezczas i
przygaszony blask godziny 17.30-18.00 czasu letniego. Leżałam na szyszkach i
drapiącej trawie i patrzyłam na kołyszące się konary nade mną, pamiętając słowa
włóczęgi z „Boardwalk Empire”:
Znam
te lasy od wielu lat. Ludzie przychodzą tu i robią różne głupie rzeczy. A nie
po to są te lasy. Te lasy są do polowań, do łowienia ryb… one służą do życia,
rozumiesz mnie?
Jasna sprawa. Tylko idiota
zabijałby się w chwili, gdy naokoło tyle szeptano-skrzypiąco-trelująco-cykających
dźwięków, kolorów nasyconych światłem, trawiastych i ziemnych woni. I wiatr, ciepły
wiatr, poruszyciel barw i zapachów. Choć może to nie taki głupi pomysł. Jak już
zabierać coś pod powieki po raz ostatni, warto napieścić oczy i mózg czymś
ładnym, zanim przestaną pracować. Zresztą, cytat cytatem, instynkt
samozachowawczy instynktem, ale ja też chciałam nie raz, nie dwa, aby zachodzące słońce zabrało mnie ze sobą. I, I will let to
devil know/that I was brave enough to die.
Jestem
dzielna tak jak wy/Niebezpiecznie wręcz. Nie, nie jestem. Dwóch rosłych aniołów mówi mi/Że w Niebie
miejsca dla niecierpliwych nie ma. Tyle anioły. Jan natomiast dodaje, co
wcale nie pomaga: Poprzez samobójstwo
człowiek zdradza samego siebie, narusza jednocześnie wyłącznie Bogu
przysługujący przywilej odbierania życia.
To może If I get
high enough/Will I see you again?
Niestety, jestem tchórzem,
który najwidoczniej ma coś w sobie z masochizmu. Put me in the dirt/Let me be with
the stars. Niby
jest bezpiecznie, ale to nie znaczy, że dobrze; problemy sytego 1. świata.
Zawsze chciałam zasnąć w tym
lesie. Lecz: instynkt samozachowawczy plus wychowanie pomnożone przez przesadną
ostrożność i wybujałą wyobraźnię pomnożone przez zimny realizm pesymizm, plus
jeszcze wszystkie te okropności przeczytane w reportażach i wysłuchane we
wiadomościach zawsze pozostawiały umysł czujny. Oczy mogły być zamknięte, ale zwoje
ani na chwilę nie ulegały rozluźnieniu.
Gdy rozum śpi, budzą się uczucia?
Dear Lord, when I get to Heaven,
please let me bring my man. Tak więc, aby odnaleźć
Beatrycze, Dante musiał się najpierw zgubić. Potem doświadczyć, przypatrzyć się
mękom dusz ludzi, którzy żyli za bardzo, i wtedy dopiero spotkać się z
ukochaną. Po tak długich miesiącach, po
tak strasznej rozłące/Jakie oczy masz modre, jakie usta gorące.
I’m scared that you won’t be on the
other side. Scared
as fuck. Można bać się tego, co niewiadome? Można. Właśnie dlatego, że to coś
dotąd nie poznanego, nieznanego. Jakoś nikt nie zakłada, że to może być
bezpieczne, dobre, wręcz… lepsze. Dlaczego nie? Przecież to jedyna szansa –
skoro w tym życiu nie wyszło, to cała beznadziejna nadzieja, oksymoron
nieistniejący, rojenie wariata, lecz załóżmy że działający jak coś w rodzaju
placebo, więc cała ta kretyńska nadzieja w tym tak zwanym „życiu wiecznym”.
Formułka, jak widać, należycie została wbita w odpowiednio młodym wieku, skoro,
będąc człowiekiem pod trzydziestkę, wciąż nie jest się w stanie jej wyegzorcyzmować.
Zapewne psycholodzy mają na to jakąś naukową nazwę, a księża chyba nazywają to
wiarą.
To nie tylko o tej jednej
osobie; to życzenie, aby np. ci, którym zabrano życie, ale zostawiono pracujące
serce i mózg, sprawne zmysły, ci, którzy zawsze kochali tańczyć, aby znów mogli
to robić. Zobacz, co warte jest życie,
kiedy zabierzesz wszystko inne.
Janusz Zajdel popełnił takie
opowiadanie: „Ten piękny dzień”. Tekst z grubsza opowiada o możliwości
„zagospodarowania” cudzego ciała, a pisząc dokładniej – o nabraniu przez
bohatera konkretnego kształtu.
Najlepiej młodego, sprawnego, zdrowego. Wspomniany bohater ma lat 90 i bardzo
by chciał znów przeżywać życie będąc w pełni sił. Rzecz dzieje się oczywiście
we fikcyjnej rzeczywistości. Chciałabym móc to zaadaptować do naszej – tak, by
ci, co odeszli mogli odbierać życie poprzez zmysły i ciała tych, co pozostali.
Np., taką wiosnę. Ktoś kiedyś mógł czuć na policzku ciepłe promienie słońca,
ale nie był w stanie nawet poruszyć oczami w kierunku okna. Zobaczyć jak
zazieleniły się drzewa, owocujące w rozśpiewane ptaki. Jak wieczór powoli
stawał się cieplejszy i rozleniwiony przychodził coraz później. Choroba zabierała nam Mamę a Mamie świat. Owe muśnięcia życia na policzku – życia zza
szybą, a mimo to oddalonego o tysiąc lat świetlnych – zawierały w sobie
okrucieństwo, niepogodzenie, rozpacz i bezbrzeżną bezradność.
Życzenie, by Ktoś znów był
młody i zakochany i bez parszywej przyszłości, tylko w tym w ł a ś n i e
momencie, tak, jak na fotografii, na której – tak mi się przynajmniej wydaje,
nie wiem, nie byłam wtedy na świecie – ów Ktoś był, wydawał się, szczęśliwy. Chwilo, trwaj. Zaprzęgam diabła w te
błagania, ale to nic: on przecież też kiedyś był częścią Raju. A przed nim, najmilszym Bogu; “Przynoszący światło”.
Think I’ll miss you forever/Like the
stars miss the sun in the morning sky.
Rozkmina na poziomie liceum:
czy Bóg tęskni za Lucyferem? Starotestamentowy ojciec pewnie nie,
Nowotestamentowy tata może tak.
Realista przegrywa z tą stroną
osobowości, która naczytała się za dużo książek i naoglądała za dużo filmów:
może wiara (może; na pewno! Wszak gdybyśmy próbowali ją racjonalnie tłumaczyć,
wtedy nazywalibyśmy ją nauką) polega właśnie na autosugestii: skoro będę sobie
odpowiednio żarliwie wmawiać, że się spotkamy i że z innymi będzie tak jak na
tamtym zdjęciu, to może ta siła myśli będzie tak wielka, ze przezwycięży materię,
ciało, czas.
Moment, chwila: przezwycięży
ciało? Więc to prawda, więc jesteś/Więc dotykam
Cię żywą/Istniejącą jak życie i jak życie, życie wieczne, (oksymoron?) prawdziwą. Życie wieczne. Bezczelnie
stawiam żądania, rozmyślam nad detalami – jakby sama wieczność to było za mało.
Ale jaka wieczność? Rozmawiałam kiedyś o tym z siostrą. Wyobrażała sobie
pośmiertne bytowanie jako pewien stan, odczucie. Błogość. Magda i Jan Tomkowski
mają pewnie rację: to co widzialne, odczuwalne, materialne to wszystko jest tu.
I tylko tu i teraz, nigdzie indziej i nigdzie ponownie. Dostałeś życie, szansę,
nie wykorzystałeś? Twoja nie do odrobienia strata. Mają za sobą księży; a Boga?
A ja dziecinnie mówię nie, albowiem Wieczność bez Istnienia jest
Nicością gorszą od Niebytu. Niewątpliwie, ten zbiór opowiadań Zajdla należy
do kategorii „o jedną książkę za daleko”.
Ale może jest tak dlatego, że
urodziłam się pod znakiem Ziemi i muszę mieć coś dotykalnego. Ja chcę ciało.
Materię. Zapach. Głos, fakturę skóry, włosów. You pretty face and electric soul. Cały ten platoniczny shit mam
teraz; mam tylko w y o b r a ż e n i e, jakiś fenomen. Heaven is a place on Earth with you. Na pewno, nie wątpię w to, ale
ktoś może być, choć żywy, to jednak martwy. To,
co martwe, nie może umrzeć. Tak, nie wolno, nie ma sensu wywoływać duchów,
bardziej chyba nawet „nie wolno”, niż „nie ma sensu”. Rozgrzebywać ranę, która
i tak babrze się niezagojona, rozorana wspomnieniem i wyobraźnią, tym bardziej
teraz, gdy lato już czeka na progu. Precz
z mej pamięci – nie, tego rozkazu ma pamięć nie posłucha; w takim przypadku, just like a dream/Come to me, just like a
dream.
Po śmierci chcę się obudzić
(znowu żądanie) w tym lesie; ewentualnie w jednym z filmów Luhrmann’a,
oczywiście jako ta young & beautiful & rich persona; może być też
Wenecja w czasie karnawału; w ten pierwszy poranek po śmierci chcę się obudzić
w Jego ramionach. Cały ten czas/Kpił
sobie z nas. Chcę, chcę, chcę, chcieć to sobie możesz. No rest for the wicked, bo przecież wiem, że tak naprawdę wszystkie
te życzenia i słowa pisane są nadaremno – kto da mi gwarancję, William Blake
już mówi mi „Zapomnij!”, skoro ja nawet nie jestem w stanie, że niebiosa są dla
mnie? W końcu do piekła idzie się za rzeczy, których się w życiu nie zrobiło.
Subskrybuj:
Posty (Atom)