Półka z fiolkami, czyli co tu można znaleźć

Czarodzielnica - miscellanea; teksty na różne tematy.
Kooocham Kinooo - post zawiera w sobie coś filmowego.
Musica Eternal - coś muzycznego, coś co zazwyczaj płynie mi w żyłach.
Księga Cieni - cytaty, książki.
Shut up and take my (imaginary) money - ciuchy. Ładne przedmioty. To, co mogłabym mieć.
Feduaura - osobiste.

W przygotowaniu: pod Wezuwiuszem (wnętrza, w których mogłabym mieszkać. Pod wulkanem mieszkała Magika de Czar), ...and to Her we shall return (natura; chciałam, aby na tym blogu wszystko było po polsku - niestety, nasz język średnio nadaje się na tagi)

niedziela, 24 lipca 2016

Niekończąca się piosenka

Jeden z pisarzy - nazwisko jest gdzieś w którejś książce, jak wpadnie mi ona mimochodem ponownie w ręce ("mimochodem", bo nie czytam jednej książki dwa razy... jakoś nie mam tego w zwyczaju), to zrobię update - powiedział, że jeśli chcesz zrobić z kobiety pisarkę, należy złamać jej serce. Stwierdzenie krzywdzące, bo wynika z niego, że kobiety nie potrafią stworzyć niczego o walorach artystycznych, co nie ocierałoby się o miłość. 
Z drugiej strony, wiadomo, kobiety są bardziej emocjonalne, więc może jest im łatwiej mielić jeden temat na tysiąc sposobów; tu z kolei byłby zarzut, że męscy twórcy nie potrafią stworzyć niczego o miłości, co miałoby jakieś walory artystyczne. 
Zarówno oskarżenie jak i zarzut nijak mają się do świata kultury, w którym np. takie kryminały wychodzą zarówno spod żeńskich jak i męskich rąk, lecz...


Dobra, ostrzegam - post jest z sortu tych czepialskich. Na szczęście, jest krótki.



Nowy teledysk Adele do utworu "Send My Love (to Your New Lover)". Wpierw zachwyty, zatem - to będzie nadinterpretacja, ale ponieważ jestem w niej mistrzem, tak więc muszę: kolorystycznie cały klip przypomina mi obraz Sandro Botticellego "Primavera" (to chyba przez fryzurę i materiał sukienki, która, swoją drogą jest moim Shut up and take my (imaginary) money!). Tekst współgra z tym wszystkim oraz zachowanie Adele. Tańczy, w jej duszy jest już wiosna - oczywiście, cały czas ma w pamięci tego gościa, ale przeszła już żałobę po rozstaniu; jest pogodzona z status quo, musi żyć dalej. Swoją drogą, facet naprawdę nieźle musiał jej zajść za skórę (choć tak naprawdę znamy relację tylko z jednej strony). I was running, you're walking. A może było klasycznie: jej kariera się rozkręcała, on miał zawodowy kompleks, on marzył o zwyczajnym życiu. Cóż, jak było, wiedzą tylko oni. 



To teraz zwoje zaczynają grymasić. Lubię Adele na sposób umiarkowany, czyli: w radio jest grana jej piosenka, słucham, podoba mi się, ale nie na tyle żeby przesłuchiwać całej płyty (A powinnaś, by nie rzucać oskarżeń tylko na podstawie najbardziej znanych songów, coś mi tu fuka i prycha pod myślą i zdaniem). Słuchając któregoś już z rzędu utwór, w którym albo wspomina albo przypieka na roaście tego swego exa (jak widać, będącego niewyczerpanym źródłem inspiracji) zastanawiam się, jak potoczyłaby się jej kariera, gdyby właśnie nie TE rozstanie... Nie odmawiam jej talentu do pisania o czymś innym, ale...



Co by było, gdyby nadal byli razem? Oni, albo taki Sam Smith ze swoim facetem, który kopnął go w 4 litery, z czego powstał album, który wyniósł Sama na stratosferę popularności. Co wiąże się, akurat w tych dwóch przypadkach, z uznaniem krytyków i dużymi pieniędzmi. 



O ile mi wiadomo, to Smith podziękował facetowi, który złamał mu serce, gdy obierał którąś już z kolei nagrodę za "In The Lonley Hour" (Nie którąś już z kolei, tylko Grammy! Gasszzzzz...). Milusio; nie, no bądź co bądź, zachował się w porządku ;)



A ten post na Interii, że Sam Smith to gość, który został stworzony do wykonywania takiej muzyki, to co, już nie pamiętasz?, Mungo Jerry, będąc ponownie sobą, czyli MJ, znów w formie, lecz nic to, bo Mefistofeliks pamięta. 



Pamiętam, nie odwołuję się, podtrzymuję opinię. Zresztą, jasna sprawa - jeśli jakiś artysta czuje się dobrze w danej stylistyce, tematyce, nic gawiedzi do tego (bo niektórzy tru fani wręcz oczekują czegoś, co pokochali, do czego się przyzwyczaili. Ale są też i tacy, którzy muzyczne eksperymenty idola przyjmują z ciekawością i uznaniem dla jego wszechstronności). Nie podoba Ci się, nikt nie zmusza Cię do zostania ze mną, bo jeśli zacznę tworzyć pod publikę, nie będę autentyczny/a. 



Doooobra! Przyznaję i wiem, że Sam Smith nie śpiewa w kółko o swoim ex; śpiewa o nim w większości. Masz tę różnicę, MJ. 



Tak zatem - wiele hałasu o nic. Ale mimo to (nie jestem tru fanem) chciałabym posłuchać piosenki Adele, takiej flagowej, podanej do słyszalności publicznej, o czymś innym niż o jej byłym. 

O dzień, o miesiąc, o rok

16.07.2016, 01:17
Za oknem mam: wiatr, drzewa, lisy i nocne ptaki; czasem przejedzie samochód. Koncert unplugged. W pokoju zbożowe mleko, niedokończony post, płonący "Jaśmin o północy", w sobie gniew, strach (choć nie powinnam, bo oni tego właśnie chcą) i życzenie, aby ci, których kocham, zawsze i wszędzie byli bezpieczni. Aby zawsze byli z nimi dobrzy ludzie: z miłości, z przyjaźni, z życzliwości. Nigdy nie znienawidzeni, nie sprowadzeni do celu, niezniszczeni nienawiścią, nabojem albo głupią ciężarówką. 

Chcę aby mój siostrzeniec miał nudne, zwyczajne życie; nie musiał udawać bohatera w imię wartości narodowych lub religijnych. Chcieć to sobie mogę. Bez względu na to, jak daleko uciekamy od wojny, ona zawsze nas dogania. Nie. W tej idyllicznej nocy na rogatkach Londynu chcę ukryć moich bliskich, płomieniem odgonić koszmar pędzącego czasu - Zło, nie przejdziesz - dać dzieciom mleko przed snem, a jak będą trochę starsze, opowiedzieć o mężczyznach tego kraju. Kiedyś ponownie posłuchać koncertu bez prądu. Dziś to requiem dla tych, dla których pewna lipcowa noc - noc, która miała przynieść radość - była ostatnią.
Chcę biec wystarczająco szybko.


Zło, nie przejdziesz! Ominiesz ten nudny kawałek Londynu, gdzie na przejściu dla pieszych mijam kobiety w hidżabach, hinduski w sari, czarne kobiety w kolorowych turbanach na głowie lub też i bez, białe, czarne, latte, kobiety z bandamkami lub włosami puszczonymi wolno. Azjatki z kruczoczarnymi lub kolorowymi włosami lśniącymi w słońcu.To nie jest ciekawy target, zapyziałe Wallington, jakiś Toruń z okolicami, gdzieś tam pośrodku Europy. Choć o dzień, o tydzień, miesiąc, rok, przesuniesz ten nieuchronny moment, kiedy będziemy na siebie patrzeć ze wstrętem i strachem, przechodząc na pasach. Łaskawie dasz ułudę spokoju i tego, że nic się nie zmieniło, choć świat powoli robi woltę o 360 stopni.  


Pamiętam taki plakat, chyba wykonała go Galeria Rusz. Na zielonej trawie leży facet, ręce pod głową, ogólny nastrój: żyć-nie umierać. I napis obok: Kiedy wreszcie będzie wojna?


Wywiad z socjologiem Tomaszem Szlendakiem, temat - powody, dla których nacjonalizm stał się tak atrakcyjny ostatnimi czasy dla młodych ludzi. Joanna Podgórska pyta:


J.P.: Strasznie paramilitarne to pokolenie.

T. Sz.: Jeśli połączymy kilka czynników, łatwo to zrozumieć. Zmieniło się poczucie bezpieczeństwa i to nie tylko za względu na imigrantów, ale też ingerencję Rosji u naszego bezpośredniego sąsiada. Odwołam się też do Borysa Akunina, który stwierdził, że dużej części mężczyzn służba wojskowa jest do czegoś przydatna. Lepiej funkcjonują, gdy założą mundur i poprzypinają kolorowe gwiazdki. Może przechodzimy taki moment, gdy mężczyznom tego wyzwania kulturowego, jakim jest wojsko czy wojna, brakuje. Mamy pokój od bardzo wielu lat. Poczucie zagrożenia naszego konsumpcyjnego spokoju ze strony barbarzyńców, czyli imigrantów i Rosjan, narasta. I nie ma żadnego znaczenia, czy ono jest realne czy nie. Kłania się stara kategoria socjologiczna, czyli współczynnik humanistyczny. Powinniśmy patrzeć na rzeczywistość ich oczami, bo nic nie zrozumiemy.
J.P.: Chce pan powiedzieć, że zbyt długo nie było wojny?

T. Sz.: Nie chcę nikogo martwić, ale są takie nurty w socjologii i antropologii społecznej, które mówią o konieczności wojny jako katalizatora pewnych zmian społecznych, wentylu bezpieczeństwa, dla gromadzącej się wewnątrzspołecznej agresji. Ona się zaczyna ujawniać. To widać właśnie szczególnie w młodym pokoleniu. Oni są bardzo agresywni; w różnych sferach – od stylu jazdy samochodem począwszy po dyskusje na forach internetowych. A teraz nakłada się na to jeszcze poczucie zagrożenia. Trend na postawy ksenofobiczne, nacjonalistyczne pewnie będzie się wzmacniał, i to nie tylko u nas, ale w całej Europie.

Oni mają karabiny, my - szampana. Nie zastraszycie, nie złamiecie nas, ogłaszała Francja z okładki "Charlie Hebdo" po zamachu w teatrze Bataclan. Nawet, jeśli perfidnie chcecie nam zohydzić narodowe święto, Dzień Bastylii. Jakieś dziecko, tresowane na terrorystę, dostaje do zabawy karabin; dziecko, które kilka dni temu było na pierwszych stronach wszystkich gazet, które powinno być przykryte kocykiem, jeśli noc była chłodna, a nie czarną folią, dostało kiedyś do zabawy lalkę. Jest to jedno z najbardziej przerażających, straszliwych zdjęć jakie kiedykolwiek widziałam. 


We wspomnianym wywiadzie poruszona została kwestia uchodźców. Socjolog powiedział (nie chcąc być oskarżana o wyrywanie słów z kontekstu, przytaczam spory fragment): 

Nie docenia się wpływu mediów, zwłaszcza internetowych, na motywacje młodych. Jeśli na każdym portalu, który ktoś odwiedza, jest antyimigrancki mem albo obrazki pokazujące, że nasz kraj jest zalewany przez imigrantów, którzy za chwilę będą gwałcić kobiety, to uwierzy, że to jest problem rzeczywisty i realny. Andrzej Zybertowicz w książce „Przemoc i poznanie” napisał między innymi, że jak ktoś się zaczytuje pismem „Nie z tej ziemi” przez kilka lat, to w końcu uwierzy w UFO, a może nawet je zobaczy.
Środowisko medialne jest dziś bardzo silnie „okapsułowane”. Ludzie przebywają w swoich wirtualnych ogródkach, zaglądają tylko na te strony, które lubią. Internet nie łagodzi obyczajów. Mówi się, że w internecie jest wszystko, można tam spotkać wszelkie możliwe opcje. Nie. Ci młodzi spotykają się z jedną, bo swój internetowy świat mają poskładany z konkretnego zestawu stron, z jednej ściany fejsbukowej, która się ogranicza do ich znajomych. Wszystkie zdarzenia z codzienności dopasowywane są potem do wzorca, który się ma z tych mediów. Ile statystycznie może się miesięcznie wydarzyć imigranckich ataków na polskie kobiety? Może jeden. Ale on będzie dopasowany do tej kanonady medialnej, potęgując niechęć i poczucie zagrożenia.

Jeden. Nie chcę się czepiać, ale wypowiedź zabrzmiała dla mnie jakoś tak...niesmacznie? Bezdusznie (Przecież masz jałowe słowo "statystycznie", to o co ci chodzi?, Drugi Człowiek - wszak nie nazwę go Mungo Jerry, choć onegdaj tak się zwał - oponuje mi z tyłu głowy). Tak, jakby ta jedna napadnięta, być może zgwałcona kobieta, była tylko cyfrą, tak, jakby ona, jej trauma, nieodwracalnie zmienione życie, generalnie zbytnio się nie liczyły. 

Rozumiem i zgadzam się co do sposobów, w jakie machiny prasowe przedstawiają świat. Każda stacja, tytuł prasowy, portal, rozgłośnia zazwyczaj ma swój punkt przekazu, a cel i tak jest zawsze jeden - mieć ten cholerny, gorący "news", ociekające cierpieniem zdjęcia, teatralną narrację, a cały ten entourage po to, aby odbiorca został właśnie z nami! Nie przełączył kanału i nie kupił innej gazety. Cała ta otoczka, miast rzeczowego sprawozdania, z szacunkiem dla ofiar, z próbą przedstawienia wydarzenia z różnych punktów widzenia.
Powiedz o tych punktach rodzinie dziecka przykrytego folią. Wszystko wydaje się do zrobienia, bo nas 
n i e   d o t y c z y; nie życzę tego socjologowi, ale co by było, gdyby tą "jedynką" była jakaś kobieta z jego rodziny lub grona znajomych? 
Nie stawiajcie oporu niegodziwemu; ale temu, kto cię uderzy w prawy policzek, nadstaw i drugi.
Myślisz, że ta kobieta nie mogłaby być zgwałcona przez Polaka, Polaka-katolika? - Drugi Człowiek nie śpi. Oczywiście, że mogłaby, ale gwałt dokonany przez przybysza to kolejny gwałt, o jeden za dużo; mamy wystarczająco dużo takich przypadków, które są udziałem rodaków, więc nie potrzebujemy przestępców z zewnątrz.
No to w takim razie zamknij kraj przed bogatymi ludźmi z Zachodu, którzy wykupują tu sobie hacjendy i przed tymi biedniejszymi turystami też, bo to przecież obcy. Drugi Człowiek wydaje się bardziej kumaty ode mnie.
Tyle, że akurat ci przybysze są w większości z podobnego kręgu kulturowego co my. 
Co ty pieprzysz?

Oni, tak jak kiedyś my, Polacy, uciekają, ratują się, przed wojną - ciągle mam z tyłu głowy. Uciekają przed tymi szaleńcami z ISIS. Pracowałam z muzułmanami, znam dwie kobiety, które dobrowolnie, nie z powodu mężczyzn (a może po prostu o tym nie wiem) przeszły na islam - jedna Angielka, druga Polka - więc musi być coś przyciągającego, "atrakcyjnego" w tym wyznaniu. Spokój? Jakieś odkupienie wybryków przeszłości? Obydwie nie ukrywają, że kilka lat temu były 'wild ones', a dziś zasłaniają ciało i włosy. 

Ale tu nie chodzi o magnetyzm pewnej religii i sposób ubierania się. 
Chodzi o to, że europejska cierpliwość, co do nienakręcania spirali zemsty i nienawiści oraz tolerancja, jakiś tam humanizm (czy aby na pewno?) po prostu są już na wyczerpaniu.