Półka z fiolkami, czyli co tu można znaleźć

Czarodzielnica - miscellanea; teksty na różne tematy.
Kooocham Kinooo - post zawiera w sobie coś filmowego.
Musica Eternal - coś muzycznego, coś co zazwyczaj płynie mi w żyłach.
Księga Cieni - cytaty, książki.
Shut up and take my (imaginary) money - ciuchy. Ładne przedmioty. To, co mogłabym mieć.
Feduaura - osobiste.

W przygotowaniu: pod Wezuwiuszem (wnętrza, w których mogłabym mieszkać. Pod wulkanem mieszkała Magika de Czar), ...and to Her we shall return (natura; chciałam, aby na tym blogu wszystko było po polsku - niestety, nasz język średnio nadaje się na tagi)

sobota, 5 listopada 2016

Listopad

I am stretched on your grave
And will lie there forever
With your hands held in mine
I’d be sure we’d not sever
My apple tree my brightness
‘Tis time we were together
For I smell of the earth
And am stained by the weather

When my family thinks
That I’m safe in my bed
From night until morning
I am stretched at your head
Calling out to the air
With tears both hot and wild
Oh I grieve for the girl
That I loved as a child

The priests and the frairs
Behold me in dread
Because I still love you
My love and you’re dead
I would still be your shelter
From rain and from storm
And with you in your cold grave
I cannot sleep warm


XVII wiek, anonimowy autor, potem wiek XX., Sinead O'Connor i Dead Can Dance. Temat stary jak świat, miłość i śmierć: niepogodzenie się z tą ostatnią i niemożność odejścia od tej drugiej. Choć pewnie śmierć powinna być napisana przed miłością.
Będąc już tylko "ja", miast "my",  n i e u m i e j ę t n o ś ć  życia w tym pierwszym.

When my time comes around
Lay me gently in a cold dark earth
No grave can hold my body down
I'll crawl home to her

XXI wiek, Hozier udaje, że śmierci nie ma. Można ją oszukać, choć na chwilę, jeśli tylko kocha się i jest się kochanym. In the low lamp light I was free/Heaven and hell were words to me. Francuzi ją deprecjonują, a jednocześnie włączają w ów moment afirmacji życia, mając określenie: la petite mort. The Neighbourhood opowiadają o tym tak: Touch me there/I want you to touch me there/Make me feel like I'm breathing/Feel like I'm human again. Osobiście uważam, że to jedna z najładniejszych definicji seksu; It's only one way to soothe my soul, dopowiada Gahan.
Tyle z przyjemności. 

*   *   *

Chłopca z pierwszego tekstu nikt już nie przywróci "do życia" - tak, to nie on leży w grobowcu, ale jednak jest umarły. I takim już pozostanie w pewnym sensie, czas nie leczy wszystkich ran. W tym jednym, jedynym aspekcie, zawsze już będzie nieco odtwarzał życie, egzystował a nie żył. Nagle „my” ponownie staje się „ja”; komplet rozpada się na dwie części, jedną wciąż widoczną, drugą – już prawie nie. Piszę „prawie” ponieważ namacalne zostają: rzeczy osobiste zmarłego i wspomnienia o nim (choć wątpię, czy w stosunku do nich można użyć słowa "namacalne". Nie, nie można, nie dotknie się, nie usłyszy myśli, tylko się je zobaczy, wytworzone i zmienione przez pamięć i rozpacz). Często rodzice pozostawiają pokoje zmarłych dzieci w stanie takim, w jakim były w czasie, gdy ich używano ostatni raz; krótko po śmierci kogoś bliskiego, znajomi wciąż wykręcają jego numer, w odpowiedzi słysząc tylko głos, nagrany na pocztę głosową, który został mechanicznie wywołany z zaświatów.
Pozostawia się pozory obecności tej osoby, robiąc z nich pancerz ochronny przed rzeczywistością. Stanem faktycznym, zimnym kamieniem zamiast ciała, szumem drzew zamiast głosu. Kwiatami w wazonie, oprócz walorów estetycznych, biorąc pod uwagę teraz też to, ile dni postoją. Nie myśli się o tym, dając bukiet np. na urodziny lub Dzień Matki; on ma być po prostu piękny, by takim też uczynić ten dzień. Moment. Ma być przede wszystkim piękny, by się podobać, nie musi być praktyczny; jeszcze nie. 
Jak nazywa się pierwsza faza żałoby? Niepogodzenie? Zaprzeczenie? Niemożność uwierzenia, że to już? Tak szybko? Przed trzydziestką? Posiadanie dzieci, rodziny, 40 na karku nic nie daje. Gdy umierała babcia - nie "odchodziła", "gasła", prawdziwa śmierć nie ma w sobie nic poetyckiego, filmowego - ojciec płakał w ciszy, zresztą, wszyscy płakaliśmy. Po raz drugi usłyszałam Jego płacz w telefonie, gdy kwietniowe niebo było jeszcze szare po odchodzącej nocy. I, mimo że już wtedy, gdy spojrzałam kto dzwoni, w i e d z i a ł a m, do ostatnich milisekund nie chciałam wierzyć. Coś zostało zaburzone, więc to  n o r m a l n e, że zadaje się pytanie, co się stało, czemu dzwonisz o godzinie 6 rano; przecież nikt, gdy wszystko jest po staremu, gdy wszystko gra, nie dzwoni o takiej godzinie. 
Kiedyś na bibliotecznej wyprzedaży wykopałam stary numer listopadowego "Zwierciadła". Temat przewodni wiadomo jaki. Wiem, że umierasz. Pozwalam Ci odejść. Widzę, że nie żyjesz, lecz cierpisz w agonii, nie wiem, czy masz świadomość tego wszystkiego; z całych sił błagam i mam nadzieję, że nie. Czy to tylko Twoje ciało reaguje czysto biologicznie na bodźce. Wiem, że nijak nie mogę Ci pomóc i to jest najgorsze.
Wiem, że umierasz. Tyle razy można sobie wyobrażać ten moment, chcąc się jakoś przygotować. Nie, nie da się; świat roztrzaskuje się na kawałki, czas rozdziela na dwa etapy, nawet gdy wszystkie znaki na Ziemi i na niebie mówią: przecież  w i e s z,  jak to się skończy. 

*   *   *

Czas powraca do chwili, gdy bogowie i boginie jeszcze "nie zeszli do podziemi". 


Niczym mgiełka wydostanę się na zewnątrz. Jako dym przepłynę na cmentarz, będę jak płomień. Ogień, a ogień to ciepło, życie. I choć ona widzi, że on już się rozkłada, że śmierć zabrała jego urodę, to wciąż dla niej jego usta są słodkie jak miód. 
Ciało, wstrętne ciało, czemu nie dajesz mi spokoju. 
Ekstremalny obraz zaklinania rzeczywistości został pokazany w filmie "Od grobu do grobu". Bohaterka wybiera zagrzebanie żywcem u boku zmarłego ukochanego. Jedna z przedostatnich scen ukazuje Idę stojącą w blasku zachodzącego słońca (symbolika aż nadto wymowna). Kamera zatacza koło: od sylwetki dziewczyny, poprzez ziemię, drzewa, niebo, powraca do twarzy z zamkniętymi oczami (trzeba dodać: twarzy, na której błąka się uśmiech). Wszystko jest jasne: wszystkie sprawy ze światem zostały załatwione. Jej decyzja jest ostateczna, lecz przede wszystkim – pomimo swej grozy – świadoma. Ktoś, kto widział film może powiedzieć, że Ida była osobą opóźnioną w rozwoju, a nawet jeśli nie, to na pewno nieco stukniętą. Może tak. Że on na pewno by nie chciał, by zakradała się do tego samochodu-trumny. Pewnie tak. I na pewno, pod trzema metrami piachu, już na 100% odchodząca od zmysłów z braku powietrza, robaków, pragnienia, głodu, smrodu rozkładającego się ciała obok, w końcu - zdania sobie sprawy ze swej decyzji chciałaby rozszarpać blachę, instynkt zrobiłby swoje. Pewnie chciałaby krzyczeć o pomoc, lecz nie mogła, gdyż Ida była niemową, teraz podwójnie. 

*   *   *

O czym mówią umarli? Jak mówić, przekazywać coś nawet mimiką, gdy "usta ścięte, oczy zwarte"? Jak przeżywać, skoro ciała nie napędza już krew, mózgu myśl a ducha emocje?  
"Z biologicznego punktu widzenia życie jest nieśmiertelne, nigdy nie ginie, gdyż charakterystyką życia jest zdolność prokreacji, przenoszenia własnego planu genetycznego."
Cytat A. Kępińskiego z podręcznika do biologii. Interpretując niebiologicznie: wszystko, co przeżyją dzieci, noszące w sobie rodziców, wszystkie te kolory, które ujrzą, usłyszaną muzykę, zjedzone jedzenie, dotknięte drugie ciało, to wszystko zapewnia wspomnienia, a może nawet 
r e a l n e dotknięcie życia tym w zaświatach? A uczucia, czy uczucia poprzez nas też mogą odbierać na swoich bezcielesnych postaciach? Co natomiast, jakie zabezpieczenie na komunikację ze światem doczesnym mają rodzice, którzy musieli pochować swoje dzieci? Gdy naturalny porządek zostaje przerwany. Uważam, że to jedno z tych uczuć, którego ktoś, kto tego nie doświadczył, nie jest w stanie sobie wyobrazić. Ledwo, i z pewnym wstydem, z uczuciem: nie powinnam, co za ohydny voyeuryzm tu odstawiam, brzydzę się przecież takim zachowaniem (co jest nieuzasadnione, ponieważ Nick Cave sam upublicznił proces żałoby po stracie syna) obejrzałam wideo do utworu "Jesus Alone". A co z tymi, którzy nie mają lub nie chcą mieć potomstwa? Dla nich pozostają słowa Edwarda Muncha (zostawiam w angielskim tłumaczeniu, bo obawiam się, że superzgrabnie nie udałoby mi się tego ubrać w polskie słowa): "From my rotting body flowers shall grow and I am in them and that is eternity".
O co proszą dla zmarłych bliscy? O różne, znane z życia, bo skądże indziej, wyobraźnia zwykłego człowieka nie ma innej matrycy niż to co odbierze  z m y s ł a m i, rzeczy. I choć ich głos posiada jeszcze tę właściwość, że mógłby być słyszalnym, to prośba jest szeptem. Tak, jakby człowiek rodził się z wiedzą (i strachem?) o tym, że Tam - gdzie? - mówi się ciszą. Cisza to spokój, a spokój to bezpieczeństwo. A instynkt samozachowawczy pracuje na pełnych obrotach i żeby mózg nie zwariował, podsuwa różne myśli; niektórzy nazywają je nadzieją. 

wtorek, 27 września 2016

Stanowisko

Jedną z moich wad jest prokrastynacja, nic oryginalnego. Dla przykładu: festiwal w Reading był w dniach 26 - 28 sierpnia, notka o nim powstała z jakieś 2 tygodnie później - post opublikowany dziś. Zaszto? porque? hvorfor?


Zaszto, porque i hvorfor tak cyzeluję te posty, jakby były one co najmniej jakimś Ulissesem. Żaden perfekcjonizm, bo takiego nie posiadam, więc co tu jest na rzeczy? Raczej brak spontaniczności. Z takim tempem można spóźnić się z życiem. 



Z tą sprawą - nie wypada dłubać w słowach za długo. Choć niezręcznie trochę się czuję, pisząc o tym, siedząc w sytej Anglii i obrastając w tłuszcz, doprawiony tym, z czym przyszło mi się urodzić, czyli pesymizmem, czarną żółcią, połączonymi z realizmem. 



Słowa wykrzyczane, wypowiedziane na rynkach, we wywiadach, słowa zagłuszone w tzw. "dyskusjach", napisanych w nawiasie, ponieważ, tak mniemam, "dyskusja" powinna być wymianą poglądów pomiędzy rozmówcami. Nie tyradą, monologiem jednej ze stron. Rozmawiałam ostatnio z tatą, który zreferował mi jedną z "debat" w telewizji. Dziennikarka musiała przerwać program, gdyż przedstawiciel PIS-u nie dał dojść do głosu stronie przeciwnej, nawet po kilkakrotnym upomnieniu; nawet, gdy w końcu, jakimś cudem, oponent zaczął swoją wypowiedź, człowiek z partii rządzącej zagłuszył go po trzech słowach. 

Nie pytam nawet, nie proszę, o szacunek dla rozmówcy - te czasy już dawno minęły. O jakąś kulturę wypowiedzi, najzwyczajniejszą umiejętność, w i e d z ę o tym, jak powinna wyglądać rozmowa z kimś, kto ma odmienne poglądy. Tak, należy dać mu szansę odpowiedzi; tak, można się z nim nie zgodzić, ale wypada (cóż za obrzydliwe słowo! "Wypada"!) uszanować jego racje. Prawo wypowiedzi. 


Obawiam się, że wszyscy zwolennicy aborcji nic nie wskórają. I absolutnie nie będzie to miało związku z wielkością strajku, ze skalą wkurwienia, z niepogodzeniem na cofanie się do średniowiecza. A to dlatego, że PIS to taka partia, którą nakręcają właśnie takie przejawy wolnej woli. Sprzeciwu. Działa na zasadzie "możecie zrobić co chcecie, ale to my mamy władzę" i śmieje się sporej części narodu w twarz. Rzecz jasna, siedzenie cicho i nic nie robienie też jest złe. I, naprawdę, z całych sił chciałabym uwierzyć, że im się uda. Ale po prostu nie potrafię. Boję się, że cały ten wysiłek idzie na marne, ponieważ w sejmie jest zbyt wiele osób - teoretycznie, "głosów ludu" - które nienawidzą kobiet i dzieci płci żeńskiej. Masz waginę? Twoim celem, jedynym celem, nadrzędnym celem ponad wszystko, ponad ciebie (specjalnie z małej litery) jest urodzić to dziecko. Jesteś człowiekiem (a może tylko istotą?) z waginą? To nic, bo i tak o tobie i innych inkubatorach najwięcej będą mieli do powiedzenia niektórzy z tych, co mają penisy. Ci, co nigdy nie będą zgwałceni, a nawet jeśli, nie będą musieli nosić w sobie owocu barbarzyństwa. Ich życie i zdrowie nigdy nie będzie zagrożone w przypadku ciąży z komplikacjami, gdyż oni nie mogą być w tej cholernej ciąży. 



Ale jest jeden haczyk: oni mają żony, córki, siostry, przyjaciółki. 



To, co napawa mnie obrzydzeniem, co jest tak bardzo widzialną hipokryzją, to fakt, że gdyby coś takiego przydarzyło się jednej z tych kobiet - czego, rzecz jasna, nie życzę im - to wiem, że czekałby na nią pokój w klinice na Słowacji, w Czechach. Kazus tych, co uważają, że WOŚP to banda złodziei: wyobraźmy sobie, że taka osoba jedzie z rodziną na wakacje. Przydarza się wypadek, dziecko zostaje odwiezione do szpitala, a tam np. taki respirator z serduszkiem, zakupiony dzięki Owsiakowi. Już widzę, jak ta osoba krzyczy do lekarzy: "Nie, nie używajcie tego do ratowania mego dziecka, to pochodzi od tych oszustów!". 



I wkurzają mnie też opinie, szczególnie słyszalne wśród kilkorga ludzi w średnim i podeszłym wieku, znudzonych facetów i kobiet po menopauzie, którym ciąża już nie grozi. "Ta sprawa z tą całą aborcją to tylko po to, by odwrócić uwagę od ważniejszych spraw, zasłona dymna". I znów nieważne jest kobiece zdrowie, życie, wybór. To "temat zastępczy" - w końcu zawsze jest COŚ ważniejszego. 



Na FB ktoś przytomnie zapytał: jak to jest, że dziecko chciane, wyczekane, tyle, że z in vitro, jest dziełem Szatana, a dziecko zrodzone z gwałtu jest darem Boga. 



Boga PIS również ma na wyłączność. Nie jest niczym nowym, wykorzystywanie religii do celów politycznych; nawet tragedii. Nawet ją PIS potrafił przekuć w kość niezgody, organizując miesięcznice, dając tym samym raison d'etre dla całej rzeszy starszych ludzi, odciągając ich od smutnej wegetacji przed telewizorami. Dał im Wroga, z którym należy walczyć i Prawdę, o którą należy się bić. To mogło być (obrzydliwie czuję się, pisząc to słowo) w jakiś sposób "atrakcyjne" dla starszych. Aborcja to co innego - jest w tym coś perwersyjnego, bo i seks jest w to włączony (nieważne, że przecież gwałt z prawdziwym stosunkiem nie ma nic wspólnego) i rzekome morderstwo. No i władza...oczywiście, nad kobiecym ciałem. Chciałam po tym napisać: "nad kobietą w ogóle", ale nie zrobiłam tego. 



Bo dla tych, którzy nienawidzą kobiet, nie są one dla nich niczym więcej, jak tylko ciałem.

Kolor zachodzącego słońca latem

W języku angielskim istnieje taki fajny kolor - zwie się tangerine. Niby mandarynkowy, ale...nie, nie do końca. Jest w nim ciepło, wysączone z przedmiotów i stworzeń zza dnia, od godziny 11, 12, 13, 14 i dalej - to ta pomarańczowa plama, rozlewająca się na większości nieba - aż do tej różowo-fioletowej smugi godziny 19, 20, zapowiedzi wieczoru. Nocy, jeszcze niespiesznej, bo wciąż zanurzonej w sierpniowej zawiesinie.


Bo tangerine to kolor zachodzącego słońca latem. 



Miałam go za plecami, przed oczami w oddali scenę (z bliska była wcześniej), naokoło ludzi, uprażonych i zabrudzonych zza dnia tak jak i ja. Nad nami przewalał się kurz i fale dźwiękowe, choć biegły one chyżym nurtem też i w podziemnych korytach. Siedziałam na trawie, obserwowałam ludzi i wypełniało mnie jakieś dziwne uczucie. "A więc to jest wolność", pojawiło się w głowie. "Tak to wygląda, tak to się przeżywa". Chyba. 



Tak przynajmniej to odczuwałam. 



Każdy z nas, w najróżniejszym wieku, niektórzy cudacznie ubrani, błyszczący od potu i od brokatu, my wszyscy byliśmy tam w dobrej intencji. Nie po to, by zniszczyć życie, detonując bombę w środku tłumu, lecz po to, by je afirmować; To life! Jak śpiewał Teve w "Skrzypku na dachu". 



"Ludzie idący do Bataclanu też pewnie mieli takie same intencje". 



Zaczęło się od godziny 11. Słońce paliło czaszki, gość z zespołem - Frank Turner and The Sleeping Souls - otwierali festiwal. I znowuż, stało się to samo, co w przypadku The Spectre, supportujących Hurts na koncercie w tamtym roku: faceci dają z siebie wszystko, grają na 120% a ludzie niczym kołki. To mnie wkurza, to jest takie...('Nooooo kuuuuuuuuuuuurnaaaaaa!'; No właśnie, nie inaczej, Mungo Jerry - właśnie takie -_-), bo ludzie - piszę tu akurat o The Spectre - zapominają, że ten główny wykonawca, "gwiazda wieczoru", w 99% też kiedyś, gdzieś, może pod inną nazwą, ale TEŻ kogoś tam supportował.



Jeśli mam tę nazwę zastosować do festiwalu, to tymi, co grali w piątek po zachodzie słońca byli The Foals (o pozostałych dniach się nie wypowiadam, gdyż konto bankowe nie zaaprobowało mego pomysłu 3-dniowej hulanki), czyli zespół, którego nie słucham (może nie ma się czym chwalić?). Słucham za to Die Antwoord (Co za mainstream ;P) i The Neighbourhood (Indie? Mefistofelix, indie? Really?). 



Przy tych pierwszych, tłum dostał zbiorowego opętania (w sumie to chciałam napisać inne słowo zaczynające się od litery "o", ale zrezygnowałam z tego zamiaru, bo zaraz będzie, że blog - tym bardziej w świetle następnego postu - jest o jednym i tym samym. Niske strasti jak cholera). Ziemia oddychała kurzem, brunatno-żółta chmura opadała na spocone ciała, przyoblekając je w barwy taneczne. To life! Zagrali może z 5 utworów - wszak to festiwal, nie dziwota więc - ale to wystarczyło, by w głowie zasiała się kozacka myśl: "Jak będą kiedyś grali zwykły koncert, Lloyds nie będzie miał nic do gadania". Jak będą. Kiedyś. O ile będą. W UK. A i tak ostatnie słowo będzie należało do L., czyli banku, w którym mam konto.



Właściwie, to nie powiedziałabym, że Neibohuudzi to indie. W niedzielę scena należała do The 1975 - to jest dopiero indie (jak dla mnie; wokalista odcina się od jakiegokolwiek stylu muzycznego) pełną parą. W grudniu dają koncert w Brixton; idę, oczywiście :D


The NBHD grali w namiocie NME. NME to magazyn wychodzący za free w każdy piątek o tematyce muzycznej, filmowej, popkulturowej (w nim zauważyłam ogłoszenie o Reading Festival). To ich koncert, 10.11.15, w klubie Heaven, był pierwszym na jaki wybrałam się, będąc w tym kraju. Niebiosa znajdowały się w piwnicy - gdy tylko otuliły mnie ciemności, rozrzedzone gdzieniegdzie neonowym światłem, dłoń dotknęła wilgotnej cegły a oczy napotkały ceglane, półkoliste sklepienie, dorwała mnie nostalgia. Czułam się swojsko, od razu przypomniał mi się Pilon, dawny Jazzgot, nawet i Ptaszarnia. "Piwniczny" Toruń. Ciemność, w której czuję się bezpiecznie. Wolę Noc - jest lepsza i piękniejsza od nagiego, bezdusznego dnia.


Off-topic Ci się robi, mruczy mi Mungo Jerry nad uchem. Zatem powracam na pole, pod Słońce, choć może wypada już kończyć ten karnawał. 



Heaven. Niebiosa, "Niebo", Toruń i straszny rok 2014. 

Pamiętasz? 
Niestety, pamiętam.


Przestań. To nie czas i miejsce na robienie publicznej wiwisekcji uczuć, życia i pamięci. Nade wszystko, nie czas.



M. J. ma rację. Tak zatem: 

Siedziałam na trawie, z przodu mając Foalsów, z tyłu gasnące tangerine i obserwowałam ludzi. W symbolice alchemicznej, przedstawienie kruka i lisa oznacza dwie drogi życiowe - ptaszysko, przycupnięte na gałęzi, oznacza vita contemplativa, natomiast żwawy rudzielec na dole to vita activa. Wilczyca stepowa versus kobiety pokroju np. Martny Wojciechowskiej. 
Ostatni off-topic tego posta.

niedziela, 24 lipca 2016

Niekończąca się piosenka

Jeden z pisarzy - nazwisko jest gdzieś w którejś książce, jak wpadnie mi ona mimochodem ponownie w ręce ("mimochodem", bo nie czytam jednej książki dwa razy... jakoś nie mam tego w zwyczaju), to zrobię update - powiedział, że jeśli chcesz zrobić z kobiety pisarkę, należy złamać jej serce. Stwierdzenie krzywdzące, bo wynika z niego, że kobiety nie potrafią stworzyć niczego o walorach artystycznych, co nie ocierałoby się o miłość. 
Z drugiej strony, wiadomo, kobiety są bardziej emocjonalne, więc może jest im łatwiej mielić jeden temat na tysiąc sposobów; tu z kolei byłby zarzut, że męscy twórcy nie potrafią stworzyć niczego o miłości, co miałoby jakieś walory artystyczne. 
Zarówno oskarżenie jak i zarzut nijak mają się do świata kultury, w którym np. takie kryminały wychodzą zarówno spod żeńskich jak i męskich rąk, lecz...


Dobra, ostrzegam - post jest z sortu tych czepialskich. Na szczęście, jest krótki.



Nowy teledysk Adele do utworu "Send My Love (to Your New Lover)". Wpierw zachwyty, zatem - to będzie nadinterpretacja, ale ponieważ jestem w niej mistrzem, tak więc muszę: kolorystycznie cały klip przypomina mi obraz Sandro Botticellego "Primavera" (to chyba przez fryzurę i materiał sukienki, która, swoją drogą jest moim Shut up and take my (imaginary) money!). Tekst współgra z tym wszystkim oraz zachowanie Adele. Tańczy, w jej duszy jest już wiosna - oczywiście, cały czas ma w pamięci tego gościa, ale przeszła już żałobę po rozstaniu; jest pogodzona z status quo, musi żyć dalej. Swoją drogą, facet naprawdę nieźle musiał jej zajść za skórę (choć tak naprawdę znamy relację tylko z jednej strony). I was running, you're walking. A może było klasycznie: jej kariera się rozkręcała, on miał zawodowy kompleks, on marzył o zwyczajnym życiu. Cóż, jak było, wiedzą tylko oni. 



To teraz zwoje zaczynają grymasić. Lubię Adele na sposób umiarkowany, czyli: w radio jest grana jej piosenka, słucham, podoba mi się, ale nie na tyle żeby przesłuchiwać całej płyty (A powinnaś, by nie rzucać oskarżeń tylko na podstawie najbardziej znanych songów, coś mi tu fuka i prycha pod myślą i zdaniem). Słuchając któregoś już z rzędu utwór, w którym albo wspomina albo przypieka na roaście tego swego exa (jak widać, będącego niewyczerpanym źródłem inspiracji) zastanawiam się, jak potoczyłaby się jej kariera, gdyby właśnie nie TE rozstanie... Nie odmawiam jej talentu do pisania o czymś innym, ale...



Co by było, gdyby nadal byli razem? Oni, albo taki Sam Smith ze swoim facetem, który kopnął go w 4 litery, z czego powstał album, który wyniósł Sama na stratosferę popularności. Co wiąże się, akurat w tych dwóch przypadkach, z uznaniem krytyków i dużymi pieniędzmi. 



O ile mi wiadomo, to Smith podziękował facetowi, który złamał mu serce, gdy obierał którąś już z kolei nagrodę za "In The Lonley Hour" (Nie którąś już z kolei, tylko Grammy! Gasszzzzz...). Milusio; nie, no bądź co bądź, zachował się w porządku ;)



A ten post na Interii, że Sam Smith to gość, który został stworzony do wykonywania takiej muzyki, to co, już nie pamiętasz?, Mungo Jerry, będąc ponownie sobą, czyli MJ, znów w formie, lecz nic to, bo Mefistofeliks pamięta. 



Pamiętam, nie odwołuję się, podtrzymuję opinię. Zresztą, jasna sprawa - jeśli jakiś artysta czuje się dobrze w danej stylistyce, tematyce, nic gawiedzi do tego (bo niektórzy tru fani wręcz oczekują czegoś, co pokochali, do czego się przyzwyczaili. Ale są też i tacy, którzy muzyczne eksperymenty idola przyjmują z ciekawością i uznaniem dla jego wszechstronności). Nie podoba Ci się, nikt nie zmusza Cię do zostania ze mną, bo jeśli zacznę tworzyć pod publikę, nie będę autentyczny/a. 



Doooobra! Przyznaję i wiem, że Sam Smith nie śpiewa w kółko o swoim ex; śpiewa o nim w większości. Masz tę różnicę, MJ. 



Tak zatem - wiele hałasu o nic. Ale mimo to (nie jestem tru fanem) chciałabym posłuchać piosenki Adele, takiej flagowej, podanej do słyszalności publicznej, o czymś innym niż o jej byłym. 

O dzień, o miesiąc, o rok

16.07.2016, 01:17
Za oknem mam: wiatr, drzewa, lisy i nocne ptaki; czasem przejedzie samochód. Koncert unplugged. W pokoju zbożowe mleko, niedokończony post, płonący "Jaśmin o północy", w sobie gniew, strach (choć nie powinnam, bo oni tego właśnie chcą) i życzenie, aby ci, których kocham, zawsze i wszędzie byli bezpieczni. Aby zawsze byli z nimi dobrzy ludzie: z miłości, z przyjaźni, z życzliwości. Nigdy nie znienawidzeni, nie sprowadzeni do celu, niezniszczeni nienawiścią, nabojem albo głupią ciężarówką. 

Chcę aby mój siostrzeniec miał nudne, zwyczajne życie; nie musiał udawać bohatera w imię wartości narodowych lub religijnych. Chcieć to sobie mogę. Bez względu na to, jak daleko uciekamy od wojny, ona zawsze nas dogania. Nie. W tej idyllicznej nocy na rogatkach Londynu chcę ukryć moich bliskich, płomieniem odgonić koszmar pędzącego czasu - Zło, nie przejdziesz - dać dzieciom mleko przed snem, a jak będą trochę starsze, opowiedzieć o mężczyznach tego kraju. Kiedyś ponownie posłuchać koncertu bez prądu. Dziś to requiem dla tych, dla których pewna lipcowa noc - noc, która miała przynieść radość - była ostatnią.
Chcę biec wystarczająco szybko.


Zło, nie przejdziesz! Ominiesz ten nudny kawałek Londynu, gdzie na przejściu dla pieszych mijam kobiety w hidżabach, hinduski w sari, czarne kobiety w kolorowych turbanach na głowie lub też i bez, białe, czarne, latte, kobiety z bandamkami lub włosami puszczonymi wolno. Azjatki z kruczoczarnymi lub kolorowymi włosami lśniącymi w słońcu.To nie jest ciekawy target, zapyziałe Wallington, jakiś Toruń z okolicami, gdzieś tam pośrodku Europy. Choć o dzień, o tydzień, miesiąc, rok, przesuniesz ten nieuchronny moment, kiedy będziemy na siebie patrzeć ze wstrętem i strachem, przechodząc na pasach. Łaskawie dasz ułudę spokoju i tego, że nic się nie zmieniło, choć świat powoli robi woltę o 360 stopni.  


Pamiętam taki plakat, chyba wykonała go Galeria Rusz. Na zielonej trawie leży facet, ręce pod głową, ogólny nastrój: żyć-nie umierać. I napis obok: Kiedy wreszcie będzie wojna?


Wywiad z socjologiem Tomaszem Szlendakiem, temat - powody, dla których nacjonalizm stał się tak atrakcyjny ostatnimi czasy dla młodych ludzi. Joanna Podgórska pyta:


J.P.: Strasznie paramilitarne to pokolenie.

T. Sz.: Jeśli połączymy kilka czynników, łatwo to zrozumieć. Zmieniło się poczucie bezpieczeństwa i to nie tylko za względu na imigrantów, ale też ingerencję Rosji u naszego bezpośredniego sąsiada. Odwołam się też do Borysa Akunina, który stwierdził, że dużej części mężczyzn służba wojskowa jest do czegoś przydatna. Lepiej funkcjonują, gdy założą mundur i poprzypinają kolorowe gwiazdki. Może przechodzimy taki moment, gdy mężczyznom tego wyzwania kulturowego, jakim jest wojsko czy wojna, brakuje. Mamy pokój od bardzo wielu lat. Poczucie zagrożenia naszego konsumpcyjnego spokoju ze strony barbarzyńców, czyli imigrantów i Rosjan, narasta. I nie ma żadnego znaczenia, czy ono jest realne czy nie. Kłania się stara kategoria socjologiczna, czyli współczynnik humanistyczny. Powinniśmy patrzeć na rzeczywistość ich oczami, bo nic nie zrozumiemy.
J.P.: Chce pan powiedzieć, że zbyt długo nie było wojny?

T. Sz.: Nie chcę nikogo martwić, ale są takie nurty w socjologii i antropologii społecznej, które mówią o konieczności wojny jako katalizatora pewnych zmian społecznych, wentylu bezpieczeństwa, dla gromadzącej się wewnątrzspołecznej agresji. Ona się zaczyna ujawniać. To widać właśnie szczególnie w młodym pokoleniu. Oni są bardzo agresywni; w różnych sferach – od stylu jazdy samochodem począwszy po dyskusje na forach internetowych. A teraz nakłada się na to jeszcze poczucie zagrożenia. Trend na postawy ksenofobiczne, nacjonalistyczne pewnie będzie się wzmacniał, i to nie tylko u nas, ale w całej Europie.

Oni mają karabiny, my - szampana. Nie zastraszycie, nie złamiecie nas, ogłaszała Francja z okładki "Charlie Hebdo" po zamachu w teatrze Bataclan. Nawet, jeśli perfidnie chcecie nam zohydzić narodowe święto, Dzień Bastylii. Jakieś dziecko, tresowane na terrorystę, dostaje do zabawy karabin; dziecko, które kilka dni temu było na pierwszych stronach wszystkich gazet, które powinno być przykryte kocykiem, jeśli noc była chłodna, a nie czarną folią, dostało kiedyś do zabawy lalkę. Jest to jedno z najbardziej przerażających, straszliwych zdjęć jakie kiedykolwiek widziałam. 


We wspomnianym wywiadzie poruszona została kwestia uchodźców. Socjolog powiedział (nie chcąc być oskarżana o wyrywanie słów z kontekstu, przytaczam spory fragment): 

Nie docenia się wpływu mediów, zwłaszcza internetowych, na motywacje młodych. Jeśli na każdym portalu, który ktoś odwiedza, jest antyimigrancki mem albo obrazki pokazujące, że nasz kraj jest zalewany przez imigrantów, którzy za chwilę będą gwałcić kobiety, to uwierzy, że to jest problem rzeczywisty i realny. Andrzej Zybertowicz w książce „Przemoc i poznanie” napisał między innymi, że jak ktoś się zaczytuje pismem „Nie z tej ziemi” przez kilka lat, to w końcu uwierzy w UFO, a może nawet je zobaczy.
Środowisko medialne jest dziś bardzo silnie „okapsułowane”. Ludzie przebywają w swoich wirtualnych ogródkach, zaglądają tylko na te strony, które lubią. Internet nie łagodzi obyczajów. Mówi się, że w internecie jest wszystko, można tam spotkać wszelkie możliwe opcje. Nie. Ci młodzi spotykają się z jedną, bo swój internetowy świat mają poskładany z konkretnego zestawu stron, z jednej ściany fejsbukowej, która się ogranicza do ich znajomych. Wszystkie zdarzenia z codzienności dopasowywane są potem do wzorca, który się ma z tych mediów. Ile statystycznie może się miesięcznie wydarzyć imigranckich ataków na polskie kobiety? Może jeden. Ale on będzie dopasowany do tej kanonady medialnej, potęgując niechęć i poczucie zagrożenia.

Jeden. Nie chcę się czepiać, ale wypowiedź zabrzmiała dla mnie jakoś tak...niesmacznie? Bezdusznie (Przecież masz jałowe słowo "statystycznie", to o co ci chodzi?, Drugi Człowiek - wszak nie nazwę go Mungo Jerry, choć onegdaj tak się zwał - oponuje mi z tyłu głowy). Tak, jakby ta jedna napadnięta, być może zgwałcona kobieta, była tylko cyfrą, tak, jakby ona, jej trauma, nieodwracalnie zmienione życie, generalnie zbytnio się nie liczyły. 

Rozumiem i zgadzam się co do sposobów, w jakie machiny prasowe przedstawiają świat. Każda stacja, tytuł prasowy, portal, rozgłośnia zazwyczaj ma swój punkt przekazu, a cel i tak jest zawsze jeden - mieć ten cholerny, gorący "news", ociekające cierpieniem zdjęcia, teatralną narrację, a cały ten entourage po to, aby odbiorca został właśnie z nami! Nie przełączył kanału i nie kupił innej gazety. Cała ta otoczka, miast rzeczowego sprawozdania, z szacunkiem dla ofiar, z próbą przedstawienia wydarzenia z różnych punktów widzenia.
Powiedz o tych punktach rodzinie dziecka przykrytego folią. Wszystko wydaje się do zrobienia, bo nas 
n i e   d o t y c z y; nie życzę tego socjologowi, ale co by było, gdyby tą "jedynką" była jakaś kobieta z jego rodziny lub grona znajomych? 
Nie stawiajcie oporu niegodziwemu; ale temu, kto cię uderzy w prawy policzek, nadstaw i drugi.
Myślisz, że ta kobieta nie mogłaby być zgwałcona przez Polaka, Polaka-katolika? - Drugi Człowiek nie śpi. Oczywiście, że mogłaby, ale gwałt dokonany przez przybysza to kolejny gwałt, o jeden za dużo; mamy wystarczająco dużo takich przypadków, które są udziałem rodaków, więc nie potrzebujemy przestępców z zewnątrz.
No to w takim razie zamknij kraj przed bogatymi ludźmi z Zachodu, którzy wykupują tu sobie hacjendy i przed tymi biedniejszymi turystami też, bo to przecież obcy. Drugi Człowiek wydaje się bardziej kumaty ode mnie.
Tyle, że akurat ci przybysze są w większości z podobnego kręgu kulturowego co my. 
Co ty pieprzysz?

Oni, tak jak kiedyś my, Polacy, uciekają, ratują się, przed wojną - ciągle mam z tyłu głowy. Uciekają przed tymi szaleńcami z ISIS. Pracowałam z muzułmanami, znam dwie kobiety, które dobrowolnie, nie z powodu mężczyzn (a może po prostu o tym nie wiem) przeszły na islam - jedna Angielka, druga Polka - więc musi być coś przyciągającego, "atrakcyjnego" w tym wyznaniu. Spokój? Jakieś odkupienie wybryków przeszłości? Obydwie nie ukrywają, że kilka lat temu były 'wild ones', a dziś zasłaniają ciało i włosy. 

Ale tu nie chodzi o magnetyzm pewnej religii i sposób ubierania się. 
Chodzi o to, że europejska cierpliwość, co do nienakręcania spirali zemsty i nienawiści oraz tolerancja, jakiś tam humanizm (czy aby na pewno?) po prostu są już na wyczerpaniu.

środa, 8 czerwca 2016

Stare zapiski - 2015

Wywołana do tablicy przez post znajomej, wracam do Lasu. 

Rok 2015, 12. maja:

Tęsknię za Lasem. Boże, jak mocno.
Nastały piękne dni. Tęsknię za rowerem.
Przez te jebane kolano mam irracjonalny strach przed bieganiem. Muszę mniej żreć. Słodyczy. Odwieczna walka z ciałem i mózgiem, wiekuiście przegrywana. 
Jest tu taki park, siedzę w nim teraz. Ale to park: trawa jest równo przycięta, wierzba też (o zgrozo), samochody słychać za mocno, za blisko. Niby jest wiatr, są witraże ze słońca na ścieżce (nie na piaszczystej drodze), ptaki śpiewają. No ale co z tego, skoro są (choć starają się być bezgłośni. Starają się? Tak, trochę tak) ludzie.Tam ludzi nie było (nie licząc raz tej babki z psem i tego wędkarza).
Tęsknię za moimi książkami, do których nigdy nie zajrzałam, bo czytałam coś innego (tłumacz se, tłumacz). Tymi wyłowionymi z bibliotecznych wyprzedaży i tymi zamówionymi na urodziny i święta.
Przed chwilą miałam sekundowe, niczym błysk, uczucie: nienawidzę tego kraju. 
Oczywiście było to głupie i tak naprawdę nieprawdziwe, wywołane tęsknotą. Nostalgią. Powinno być raczej: nienawidzę obecnej sytuacji. Czuję się obrabowana ze wszystkich rzeczy, które mnie stanowiły. Wyrugana ze swego naturalnego środowiska.
Brakuje mi Lasu. Siedzę na ławce, nie na trawie. 
Zanosi się, że będzie to moje pierwsze lato bez summertime saddness - czyli bez wszystkiego tego, co ofiarowywał, dawał mi Las. Raczej nie znajdę tu nędznego falsyfikatu tamtego miejsca; teraz w takim siedzę.

Niezbyt to dobrze o mnie świadczy, skoro twierdzę, że właściwie tworzy mnie obecność rzeczy martwych. Rzecz, materia. Ale nasze bytowanie, przynajmniej tu, jest przecież m a t e r i a l n e. Innego nie znamy, tzn. znamy, każdy z nas zna - ale nawet w naszych głowach, te lepsze wersje nas, też odbierają ten tamten świat sensorycznie. Innej matrycy dla wyobraźni nam nie dano. 
Mam rower, biegam, nawet kilka książek jest ze mną. Nadal jem słodycze. 
Jeszcze o materializmie, który nie jest za darmo. Z mądrości książkowych: 
"Brak pieniędzy powoduje, że człowiek staje się istotą prozaiczną i szarą". 
Swoją drogą, książka z jednym z najbardziej irytujących głównych bohaterów. Takiego typa jak Amory jeszcze nie spotkałam. 

Zapisek z 25. czerwca. A może to był 22? Słowa rozpłynęły się po całej szerokości kalendarza.

'I want money, power, glory'. 
But most of all I want to turn back time. To the very beginning. 

26.06, jedyna pewna data, bo zapisana. 

Wypełnia mnie szarość, czyli (jak to zmierzono i pokolorowano w necie) zobojętnienie i mały...smutek? Zawód? Rozczarowanie? Coś pomiędzy i coś, co ma jednocześnie w sobie to wszystko. 

Rzecz jasna, przed tym były inne słowa. Być może powód tego stanu, ale czy naprawdę? Czy już sama plączę się w pamięci? W takiej sytuacji lepiej zamilknąć, lecz oczy natrafiają na małe litery na dole strony, 21. czerwca: 

Znów mam zobojętnienie. Ten stan nijakości. 

W życiu odległym od roku 2015 mówiłam sobie na piśmie, pisałam sama do siebie, że chciałam - że miałam - przeżyć Lato. Chyba w dwóch zeszytach pojawiają się takie słowa; z trzecim dałam już sobie spokój.

poniedziałek, 6 czerwca 2016

Las

Nim Dante rozpoczął wędrówkę przez kręgi piekielne, zgubił się w lesie. Ja wiem, że się nie zgubię.

W lesie koło szkoły najbardziej doświadczałam summertime saddness. To tam najintensywniej czułam bezczas i przygaszony blask godziny 17.30-18.00 czasu letniego. Leżałam na szyszkach i drapiącej trawie i patrzyłam na kołyszące się konary nade mną, pamiętając słowa włóczęgi z „Boardwalk Empire”:

Znam te lasy od wielu lat. Ludzie przychodzą tu i robią różne głupie rzeczy. A nie po to są te lasy. Te lasy są do polowań, do łowienia ryb… one służą do życia, rozumiesz mnie?

Jasna sprawa. Tylko idiota zabijałby się w chwili, gdy naokoło tyle szeptano-skrzypiąco-trelująco-cykających dźwięków, kolorów nasyconych światłem, trawiastych i ziemnych woni. I wiatr, ciepły wiatr, poruszyciel barw i zapachów. Choć może to nie taki głupi pomysł. Jak już zabierać coś pod powieki po raz ostatni, warto napieścić oczy i mózg czymś ładnym, zanim przestaną pracować. Zresztą, cytat cytatem, instynkt samozachowawczy instynktem, ale ja też chciałam nie raz, nie dwa, aby zachodzące słońce zabrało mnie ze sobą. I, I will let to devil know/that I was brave enough to die.

Jestem dzielna tak jak wy/Niebezpiecznie wręcz. Nie, nie jestem. Dwóch rosłych aniołów mówi mi/Że w Niebie miejsca dla niecierpliwych nie ma. Tyle anioły. Jan natomiast dodaje, co wcale nie pomaga: Poprzez samobójstwo człowiek zdradza samego siebie, narusza jednocześnie wyłącznie Bogu przysługujący przywilej odbierania życia.
To może If I get high enough/Will I see you again?

Niestety, jestem tchórzem, który najwidoczniej ma coś w sobie z masochizmu. Put me in the dirt/Let me be with the stars. Niby jest bezpiecznie, ale to nie znaczy, że dobrze; problemy sytego 1. świata. 

Zawsze chciałam zasnąć w tym lesie. Lecz: instynkt samozachowawczy plus wychowanie pomnożone przez przesadną ostrożność i wybujałą wyobraźnię pomnożone przez zimny realizm pesymizm, plus jeszcze wszystkie te okropności przeczytane w reportażach i wysłuchane we wiadomościach zawsze pozostawiały umysł czujny. Oczy mogły być zamknięte, ale zwoje ani na chwilę nie ulegały rozluźnieniu.

Gdy rozum śpi, budzą się uczucia?

Dear Lord, when I get to Heaven, please let me bring my man. Tak więc, aby odnaleźć Beatrycze, Dante musiał się najpierw zgubić. Potem doświadczyć, przypatrzyć się mękom dusz ludzi, którzy żyli za bardzo, i wtedy dopiero spotkać się z ukochaną. Po tak długich miesiącach, po tak strasznej rozłące/Jakie oczy masz modre, jakie usta gorące.

I’m scared that you won’t be on the other side. Scared as fuck. Można bać się tego, co niewiadome? Można. Właśnie dlatego, że to coś dotąd nie poznanego, nieznanego. Jakoś nikt nie zakłada, że to może być bezpieczne, dobre, wręcz… lepsze. Dlaczego nie? Przecież to jedyna szansa – skoro w tym życiu nie wyszło, to cała beznadziejna nadzieja, oksymoron nieistniejący, rojenie wariata, lecz załóżmy że działający jak coś w rodzaju placebo, więc cała ta kretyńska nadzieja w tym tak zwanym „życiu wiecznym”. Formułka, jak widać, należycie została wbita w odpowiednio młodym wieku, skoro, będąc człowiekiem pod trzydziestkę, wciąż nie jest się w stanie jej wyegzorcyzmować. Zapewne psycholodzy mają na to jakąś naukową nazwę, a księża chyba nazywają to wiarą.

To nie tylko o tej jednej osobie; to życzenie, aby np. ci, którym zabrano życie, ale zostawiono pracujące serce i mózg, sprawne zmysły, ci, którzy zawsze kochali tańczyć, aby znów mogli to robić. Zobacz, co warte jest życie, kiedy zabierzesz wszystko inne.

Janusz Zajdel popełnił takie opowiadanie: „Ten piękny dzień”. Tekst z grubsza opowiada o możliwości „zagospodarowania” cudzego ciała, a pisząc dokładniej – o nabraniu przez bohatera konkretnego kształtu. Najlepiej młodego, sprawnego, zdrowego. Wspomniany bohater ma lat 90 i bardzo by chciał znów przeżywać życie będąc w pełni sił. Rzecz dzieje się oczywiście we fikcyjnej rzeczywistości. Chciałabym móc to zaadaptować do naszej – tak, by ci, co odeszli mogli odbierać życie poprzez zmysły i ciała tych, co pozostali. Np., taką wiosnę. Ktoś kiedyś mógł czuć na policzku ciepłe promienie słońca, ale nie był w stanie nawet poruszyć oczami w kierunku okna. Zobaczyć jak zazieleniły się drzewa, owocujące w rozśpiewane ptaki. Jak wieczór powoli stawał się cieplejszy i rozleniwiony przychodził coraz później. Choroba zabierała nam Mamę a Mamie świat. Owe muśnięcia życia na policzku – życia zza szybą, a mimo to oddalonego o tysiąc lat świetlnych – zawierały w sobie okrucieństwo, niepogodzenie, rozpacz i bezbrzeżną bezradność.

Życzenie, by Ktoś znów był młody i zakochany i bez parszywej przyszłości, tylko w tym w ł a ś n i e momencie, tak, jak na fotografii, na której – tak mi się przynajmniej wydaje, nie wiem, nie byłam wtedy na świecie – ów Ktoś był, wydawał się, szczęśliwy. Chwilo, trwaj. Zaprzęgam diabła w te błagania, ale to nic: on przecież też kiedyś był częścią Raju. A przed nim, najmilszym Bogu; “Przynoszący światło”.

Think I’ll miss you forever/Like the stars miss the sun in the morning sky.
Rozkmina na poziomie liceum: czy Bóg tęskni za Lucyferem? Starotestamentowy ojciec pewnie nie, Nowotestamentowy tata może tak.

Realista przegrywa z tą stroną osobowości, która naczytała się za dużo książek i naoglądała za dużo filmów: może wiara (może; na pewno! Wszak gdybyśmy próbowali ją racjonalnie tłumaczyć, wtedy nazywalibyśmy ją nauką) polega właśnie na autosugestii: skoro będę sobie odpowiednio żarliwie wmawiać, że się spotkamy i że z innymi będzie tak jak na tamtym zdjęciu, to może ta siła myśli będzie tak wielka, ze przezwycięży materię, ciało, czas.  

Moment, chwila: przezwycięży ciało? Więc to prawda, więc jesteś/Więc dotykam Cię żywą/Istniejącą jak życie i jak życie, życie wieczne, (oksymoron?) prawdziwą. Życie wieczne. Bezczelnie stawiam żądania, rozmyślam nad detalami – jakby sama wieczność to było za mało. Ale jaka wieczność? Rozmawiałam kiedyś o tym z siostrą. Wyobrażała sobie pośmiertne bytowanie jako pewien stan, odczucie. Błogość. Magda i Jan Tomkowski mają pewnie rację: to co widzialne, odczuwalne, materialne to wszystko jest tu. I tylko tu i teraz, nigdzie indziej i nigdzie ponownie. Dostałeś życie, szansę, nie wykorzystałeś? Twoja nie do odrobienia strata. Mają za sobą księży; a Boga?

A ja dziecinnie mówię nie, albowiem Wieczność bez Istnienia jest Nicością gorszą od Niebytu. Niewątpliwie, ten zbiór opowiadań Zajdla należy do kategorii „o jedną książkę za daleko”.

Ale może jest tak dlatego, że urodziłam się pod znakiem Ziemi i muszę mieć coś dotykalnego. Ja chcę ciało. Materię. Zapach. Głos, fakturę skóry, włosów. You pretty face and electric soul. Cały ten platoniczny shit mam teraz; mam tylko w y o b r a ż e n i e, jakiś fenomen. Heaven is a place on Earth with you. Na pewno, nie wątpię w to, ale ktoś może być, choć żywy, to jednak martwy. To, co martwe, nie może umrzeć. Tak, nie wolno, nie ma sensu wywoływać duchów, bardziej chyba nawet „nie wolno”, niż „nie ma sensu”. Rozgrzebywać ranę, która i tak babrze się niezagojona, rozorana wspomnieniem i wyobraźnią, tym bardziej teraz, gdy lato już czeka na progu. Precz z mej pamięci – nie, tego rozkazu ma pamięć nie posłucha; w takim przypadku, just like a dream/Come to me, just like a dream.


Po śmierci chcę się obudzić (znowu żądanie) w tym lesie; ewentualnie w jednym z filmów Luhrmann’a, oczywiście jako ta young & beautiful & rich persona; może być też Wenecja w czasie karnawału; w ten pierwszy poranek po śmierci chcę się obudzić w Jego ramionach. Cały ten czas/Kpił sobie z nas. Chcę, chcę, chcę, chcieć to sobie możesz. No rest for the wicked, bo przecież wiem, że tak naprawdę wszystkie te życzenia i słowa pisane są nadaremno – kto da mi gwarancję, William Blake już mówi mi „Zapomnij!”, skoro ja nawet nie jestem w stanie, że niebiosa są dla mnie? W końcu do piekła idzie się za rzeczy, których się w życiu nie zrobiło. 

sobota, 30 kwietnia 2016

Baśń jednej vviosennej nocy - "Czarownica" R. Eggersa

W październiku roku 2015 hiszpański reżyser Guillermo del Toro przestrzegał przed odwiedzaniem Szkarłatnego Wzgórza, strzepując tym samym kurz osiadły na pięknym gatunku literackim zwanym powieścią gotycką. Nie każdy był przygotowany na ponurą opowieść zanurzoną w wiktoriańskim klimacie (z Lokim, obleczonym w czarny aksamit i w cylindrze, kręcącym się na pierwszym planie) - część społeczności CDA marudziła w komentarzach: że nudny, że przydługi, że potwory wyszły grafikom wcale niestrasznie. 
Osobiście na filmie ubawiłam się wybornie - powieść łotrzykowską lubię, lecz mam wrażenie, że nie tyle stało się tak za sprawą preferencji czytelniczych, co właśnie dzięki p r z y g o t o w a n i u. Odpowiedniemu nastawieniu, innych słów używając.

I tak też należy (moim zdaniem) zabierać się do oglądania "Wiedźmy" Roberta Eggersa. Wielbiciele horrorów gore będą się w kinie nudzić; zresztą, gdyby to ode mnie zależało, nie zakwalifikowałabym filmu do tej kategorii - raczej "kino atmosferyczne", o ile taka etykietka istnieje (bez aluzji do meteorologii proszę ;)), albowiem tutaj rzecz rozgrywa się nie tyle o samą historię, co właśnie o klimat. A ten udało się twórcom niewątpliwie uzyskać.

Mamy zatem przyrodę; przyrodę A. D. 1630 należy dodać. Potężną, nieokiełznaną, jeszcze sprzed czasów hegemonii człowieka. To las (a właściwie ściany lasu, otaczające zewsząd zesłaną na banicję rodzinę głównej bohaterki), niepokojąco szemrzący, sine niebo z ciężkimi, nisko zawieszonymi chmurami, łąki, którym daleko do idyllicznych łanów, sprawują władzę zarówno nad fizyczną jak i psychiczną naturą ludzi. Sugestywność przyrody podsycona żarliwą wiarą (zawierającą w sobie paraliżujący strach przed Piekłem) wraz z odizolowaniem od innych, to wszystko kreuje w rezultacie atmosferę, w której już tylko krok od postradania zmysłów i tragedii, mającej miejsce w finale filmu.



 

Mamy muzykę, na którą składają się jazgoczące, świdrujące uszy dźwięki. Nic dziwnego - rzecz jest w końcu o dziwach nie z tego świata. Piekielna muzyka nie może, nie ma prawa być przyjemna. Jeśli można zaryzykować takie stwierdzenie, byłaby ona słodka tylko na początku: po to, aby - niczym syreni śpiew - zwabić biedną istotę ludzką w szpony Nieczystego. 
Wreszcie - jest i wiedźma, taka "rasowa", wyjęta z najbardziej rozpowszechnionych legend i wierzeń, czyli stara, brzydka i zła. Swe demoniczne lico zmienia tylko na pokuszenie nastoletniego chłopca. A skoro mamy czarownicę to i musi pojawić się jej Czarny Pan. Diabeł nie zawodzi: pozostając wierny ludowym pierwowzorom, przemawia głębokim, gardłowo-zmysłowym głosem, stuka obcasami w butach a la Twardowski, a dłonie skrywa pod skórzanymi rękawiczkami. Cała garderoba rzecz jasna jest czarna jak smoła. Do jego sprzymierzeńców należą kozioł (do tego potrafiący mówić, ale to nie powinno nas dziwić; na szczęście twórcy oszczędzili nam czegoś na podobiznę gadającego liska z "Antychrysta" von Tiera), zając i kruk; w filmie pojawia się nawet motyw z podpisywaniem cyrografu! 

Ktoś, kto doszedł do tego momentu postu może się skrzywić i zapytać: "Co to za bajeczka dla dzieci, udająca taką dla dorosłych!?"

Tak, to jest w pewnym sensie bajka. Baśń. Podanie, legenda ludowa, to, w co kiedyś, dawno, dawno temu naprawdę wierzyli i czego lękali się nasi przodkowie. I tym jest dla mnie "Wiedźma" w pierwszej kolejności: przepięknie sfilmowaną ludową opowieścią (zresztą nawet jest to przekazane w podtytule filmu). Starannie dopracowaną (scenariusz powstał na podstawie autentycznych świadectw z tamtego okresu, zeznań z procesów kobiet oskarżanych o konszachty z diabłem; w filmie pojawiają się te wszystkie 'thy', 'thou', postaci mówią dawną angielszczyzną, co jest niesamowitym urokiem filmu i przekleństwem dla obcojęzycznych widzów - przyznam szczerze, że nie wszystkie dialogi udało mi się zrozumieć), oddziałującą nade wszystko na zmysły a więc i na wyobraźnię, na strach. Uwagę jednego z recenzentów na Filmwebie przykuła ostatnia,"rzeźnicka" scena. Moją natomiast sekwencja, w której opętany przez wiedźmę młodszy brat Thomasin (Harvey Scrimshaw - muszę zapamiętać te imię i nazwisko) wije się w konwulsjach, wypluwa zatrute jabłko, po czym doznaje objawienia równoznacznego z wyegzorcyzmowaniem mocy nieczystych. Jednym słowem: majstersztyk.





Ci, co film widzieli doszukują się w produkcji odniesień do religijnego fanatyzmu, rozkminiają nad symboliką tego i owego - ok, jednak osobiście pozostanę przy dość jednowymiarowym, przyznaję, może zbyt prostym odbiorze: jako ekranizację dawnych wierzeń. Pisząc inaczej: jako próbę pokazania mentalności ludzi wybranej grupy społecznej tamtego okresu (czy w miastach wierzono w czarownice? Na pewno, lecz nikt się do tego nie przyznawał).


"Wiedźmę" Eggersa warto oglądać zaraz po seansie "Haxan. Czarnoksięstwo na przestrzeni wieków" B. Christensena. Dla kogoś, kto trochę siedzi w tym temacie, oba filmy są pozycjami obowiązkowymi: co prawda nie znajdzie w nich nic nowego, nic, czego dotychczas nie przeczytał w książkach, aczkolwiek można traktować je jako swoiste summa summarum na temat tego, jak ludzie odbierali rzekome czarownice. Często tym mianem określano wiejskie znachorki: kobiety, które "cieszyły się" podwójnym statusem wśród agrarnej społeczności. Z jednej strony mogły nieść ludziom pomoc: odbierały porody, leczyły różne dolegliwości za pomocą wszelakich ziół, doświadczone przez życie (to nigdy nie były młode kobiety) mogły służyć radą, co było niekiedy odbierane jako zdolność przepowiadania przyszłości. Wiedźma to ta, co wie - w wielu językach miano to wywodzi się od wyrazu "wiedza" (szacunek do zdolności intelektualnych "czarownic" oddaje im język serbski, w którym to używa się zwrotu "Ja sam vesta u necemu' znaczy 'Jestem dobra w czymś/Znam się na czymś dobrze', a 'vestica' znaczy właśnie "wiedźma"). Z drugiej strony ich wiedza niepokoiła - mogły wszak rzucić urok!, fakt, że często w ogóle nie miały mężów lub były wdowami niedecydującymi się ponownie wyjść za mąż burzył odwieczny ład, w którym to kobieta wychodziła za mąż i rodziła potomstwo, a mężczyzna pracował i utrzymywał rodzinę. Ich starczą fizjonomię wykorzystywano do straszenia dzieci. 


I gdybym miała się bawić w nadinterpretację, to wskazałabym na ten aspekt, trochę pewnie feministyczny - czarownice to prekursorki kobiet niezależnych, samo o sobie decydujących, czasem idących pod prąd, wbrew oczekiwaniom rodziny/społeczeństwa, dobrowolnie skazujących się na ostracyzm. Napisałam, że to byłaby interpretacja na siłę w świetle filmu: wszak Thomasin była kuszona przez Diabła, jej poczynania z wolną wolą niewiele miały wspólnego. Można powiedzieć: rogaty trafił na "podatny grunt", to jest umysł (i duszę?) młodej, dojrzewającej dziewczyny, trochę pewnie przerażonej perspektywą spędzenia całego życia na odludziu i pracy na roli od świtu do zmierzchu (ale czy bohaterka znała inne życie? Miała jakiś wybór? Wydaje się, że nie: była pogodzona ze swoim losem). Ale czy na pewno? Przecież nie można twierdzić, że Thomasin łatwo poddała się diabelskim mocom, do samego końca starała się przekonać matkę o swojej niewinności. I tu nasuwa się pytanie: kto tak naprawdę został opętany? I przez co, przez kogo? Czy naprawdę przez diabła, czy może właśnie wręcz przeciwnie: przez siebie samą, swój umysł? Patrząc na zachowania matki i córki odpowiedź wcale nie jest oczywista, choć to ta druga podpisuje potem cyrograf krwią.

Wracając do wątku: Thomasin po dołączeniu do sabatu po raz pierwszy wydaje się być szczęśliwa, uwolniona od jarzma surowego, prowadzonego pod dyktando religii, życia. Zacznie teraz zupełnie inne bytowanie; można sądzić, że na plan pierwszy wysuną się w nim doczesne przyjemności. Troska o nagrodę w Niebie za pobożne prowadzenie się na ludzkim padole nie będzie już zaprzątała jej myśli. Odtąd liczy się tylko tu i teraz. Nieskrępowana ani przez rodzinę ani przez wiarę, pozwoli dojść do głosu naturalnym instynktom - przemówi dojrzewające ciało. 




W ten sposób koło zostaje zatoczone, mianowicie powracamy do postaci czarownicy. Złej kobiety. Tej, którą należy usunąć ze społeczności, bo jej zachowanie świadczy niezbicie, że utrzymuje kontakty z diabłem. Z dzisiejszej perspektywy wiemy, że część kobiet przyznawała się do zarzucanych win, tylko po to, aby jak najszybciej ukrócić tortury, jakim były poddawane. Część oskarżonych mogła być zmuszona do potwierdzenia zarzutów; część mogła być upośledzona i powtarzać bezwiednie słowa. Często z czarownice brano dziewczynki - czy można oczekiwać, że dziecko obroni się przed gronem dorosłych? 

Generalnie niemal każda religia ma problem z kobiecą seksualnością*, z tym, jak funkcjonuje kobiece ciało (np. pośród wielu plemiennych wierzeń kobieta podczas okresu jest istotą nieczystą i z racji swego stanu musi żyć poza obrębem wioski do czasu, aż krwawienie ustąpi). Zmysłowość kobiety przeszkadzała, odwracała uwagę kapłanów od modlitw, od spraw dotyczących zbawienia, a kierowała na rzeczy materialne, cielesne. W tym miejscu skończę, gdyż, po: 1) uważam, że celibat księży jest rzeczą niebezpieczną, zbędną i okrutną. Tak, w tej kolejności, 2) to temat-rzeka, a nie zamierzam z postu czynić magisterki. 

Jak już wspomniałam, "Wiedźma" to przede wszystkim uczta dla oka. Film był realizowany w oparciu o ludowe podania, legendy oraz dokumenty z czasów polowań na czarownice. Będąc zatem wierni temu wzorowi możemy domyśleć się dalszych losów głównej bohaterki, tym bardziej w taką noc jak dziś, z 30. kwietnia na 1. maja - Noc VValpurgii. 




* Kto chce poznać opinię z drugiej strony, polecam wywiad J. Podgórskiej z E. Adamiak::http://www.polityka.pl/tygodnikpolityka/spoleczenstwo/1516100,1,rozmowa-z-katolicka-feministka.read