Półka z fiolkami, czyli co tu można znaleźć

Czarodzielnica - miscellanea; teksty na różne tematy.
Kooocham Kinooo - post zawiera w sobie coś filmowego.
Musica Eternal - coś muzycznego, coś co zazwyczaj płynie mi w żyłach.
Księga Cieni - cytaty, książki.
Shut up and take my (imaginary) money - ciuchy. Ładne przedmioty. To, co mogłabym mieć.
Feduaura - osobiste.

W przygotowaniu: pod Wezuwiuszem (wnętrza, w których mogłabym mieszkać. Pod wulkanem mieszkała Magika de Czar), ...and to Her we shall return (natura; chciałam, aby na tym blogu wszystko było po polsku - niestety, nasz język średnio nadaje się na tagi)

sobota, 30 grudnia 2017

Merry Xmas, czyli czego zazdroszczę innym religiom



26.12.2017. Na prawo mam drzwi od szafy, przyobleczone w kartki świąteczne. Za mną płoną świeczki w metalowym drzewku, imitującym choinkę - nie ma w tym żalu ani nostalgii, naprawdę spodobał mnie się ten dekor. Na prawo stoi też drugi świecznik w postaci pięcioramiennej gwiazdy.

Według ruchu wicca, prawa strona jest związana z projekcją, działaniem, miejscem, z którego energia opuszcza ciało; to również strona Boga. Pięcioramienna gwiazda nazywa się pentagramem a jej ramiona symbolizują cztery elementy: ogień, wodę, powietrze i ziemię, nad którymi góruje duch.


SÓL, PIEPRZ I PIACH


Gdy byłam mała, budowałam z poduszek jaskinię, w której to przy pomocy zwędzonej z kuchni soli, pieprzu oraz piasku przyniesionego z dworu (lub jak kto woli, z pola - swego czasu brałam udział w dyskusji, która forma jest tą "najprawidłowszą z prawidłowych") bawiłam się w czarownicę. Uwielbiałam zagraconą chatkę Hogaty (oczywiście kolekcjonowałam butelki, z czego za najlepsze uważałam te z pot-pourri) i tej drugiej wiedźmy z innej bajki, polskiej, tytułu już nie pamiętam. Niestety, księżniczki nigdy nie były dla mnie wystarczająco pociągające. Potem, kiedy mieszanie przypraw przestało mnie bawić, lubiłam chodzić na piechotę, nie tylko do lasu. Nie to, żebym wtedy jakoś szczególnie rozkoszowała się podmuchem wiatru, ciepłem słońca czy widokiem świata na opak w kałuży. A może jednak? Tylko, że było to gdzieś daleko w mózgu (pojęcia nie mam, czy mogę używać tego słowa na równi z "podświadomością"), za muzyką na full volume mającą za zadanie rzeczony mózg, twórcę i sprawcę życiowej klęski, rozwalić. Później był Las i summertime saddness godziny szóstej wieczorem. Teraz Oaks Park i możliwość dojeżdżania do pracy rowerem w pierwsze dni jesieni oraz tokom slatkog proleća; rzecz odbierana w kategorii luksusu.


UBRANY STARZEC, NAGI MŁODZIENIEC 
LABIRYNTY ALHAMBRY 
VIBES OF ST. FRANCIS


Urodziłam się w takim kręgu kulturowym a nie innym, że akurat padło na chrześcijaństwo. Nie mam z tym problemu i absolutnie nie zamierzam się od niego odżegnywać. Raz, że rytuały tej "religii geograficznej" scalały rodzinę i tworzyły wspomnienia, więc przez wzgląd na szacunek dla bliskich i pamięć, dwa, że teoretycznie celebrowałam pogaństwo, tyle, że w innych szatach. Trzy, nie można interesować się sztuką, nie mając podstawowej wiedzy z zakresu chrześcijaństwa: tym sposobem, takie "Stworzenie Adama" z Kaplicy Sykstyńskiej to nic innego, jak stary facet w prześcieradle próbujący dotknąć młodego faceta, do tego gołego. Brzmi źle. Albo takie "Małżeństwo Arnolfinich", naszpikowane maryjnymi symbolami. Piszę o "mojej" religii, ale przecież będąc otoczonym plątaniną wzorów pałacu Alhambry trzeba wiedzieć, że na próżno szukać w nich oblicza Boga. Znajomość podstaw różnych religii przydatna jest nawet podczas poruszająnia się w meandrach pospolitego Tumblr'a:

Oryginał: viralthings.tumblr.com

Wzruszam się podczas słuchania Divny Ljubojević oraz Garmarny. Pierwsza artystka wykonuje ortodoksyjne pieśni, drugi zespół ma na swoim koncie płytę inspirowaną tekstami św. Hildegardy z Binden, choć, in general, to grupa neofolkowa.


Divna Ljubojević "Statije"

Garmarna "Kyrie"

Jest jeszcze Saint Francis Superstar (zapożyczając trochę tytuł z okładki Forum z papieżem Franciszkiem), który to szanował braci mniejszych nie odmawiając im kazań na temat Najwyższego. Od razu skojarzył mnie się - pomimo, że typowo pogańską, to jednak - piosenką Żywiołaka, "Pieśń słoneczna".


Żywiołak "Pieśń słoneczna"

Jeszcze mocniejsze St. Francis vibes mam przy odtwarzaniu jednej z wersji "Pange Lingua Gloriosi" (co prawda z Franciszkiem nie ma to nic wspólnego - jest to pieśń śpiewana podczas obchodów Bożego Ciała): 


Catholic Hymns Compilation by Dan Gibson "Pange Lingua Gloriosi"

W tradycji katolickiej Boże Ciało obchodzone jest 60 dni po Wielkanocy. Pamiętam słowa pewnego księdza (może nawet zostały powiedziane na mszy?), że to właśnie Wielkanoc jest najważniejszym świętem w naszej religii, nie Boże Narodzenie. Zwycięstwo ducha nad materią, życia nad śmiercią. Ostara, przesilenie wiosenne. Czas, gdy Ciemność finalnie ustępuje Jasności.


'BECAUSE THE NIGHT IS DARK 
AND FULL OF TERRORS'


Całe pogaństwo (piszę tu o ruchu wicca - nie wiem, jak to wygląda u rodzimowierców, choć mniemam, że podobnie) kręci się wokół Koła Życia lub też Roku. Natura, zepchnięta przez postęp, nie pozwala ujarzmnić się całkowicie - w zależności od czasu cedzi ilość światła słonecznego (wiadomo, mamy elektryczność, ale to nie to samo), reguluje sposób ubierania się, zrywa dachy i zatapia statki. Gwoli ścisłości: nie, nie chcę wracać do życia w lepiance i zwariowałabym chyba, gdybym podczas biegania nie mogła słuchać muzyki z telefonu. Ale każdy z nas ma oczy i widzi, co się dzieje z klimatem, pogodą. "Co  s i ę  dzieje?". Raczej co my uczyniliśmy z tego, co nam ofiarowano za dom, jedzenie, odzienie. 'Therefore, people/Hold me dear', takimi słowami kończy się inskrypcja anonimowego autora z XVII w., znaleziona na drzwiach chaty leśniczego w Dolnej Saksonii. Żyjąc na ekologicznym kredycie, który to wydaje się ostatnim przebłyskiem dobrej woli naszej planety, doświadczamy skutki ohydnego, abnornalmego zachowania: rodzicielskiej zemsty.

*  *  *

Terryfying Yule everyone. 21. grudnia, przesilenie zimowe, nadejście najkrótszego dnia i najdłuższej nocy. W przeszłości były to godziny pełne tajemnic i strachu. Wierzono, że - tak, jak to miało miejsce podczas Samhain, Halloween - granica pomiędzy światem doczesnym a zaświatami była bardzo cienka i wszystko mogło się zdarzyć - nie bez powodu duchy odwiedzają Scrooge'a właśnie w tym okresie; to teraz należy się wystrzegać nocnych wędrówek, ponieważ można zostać porwanym przez Dziki Gon, watahę duchów szaleńczo przemierzającą niebo. W przeszłości całe rodziny zbierały się wokół paleniska, którego sercem była kłoda dębu, yule log (słowo "yule' prawdopodobnie wywodzi się z staronorweskiego iul, oznaczającego koło). Pośród gęstego mroku słuchano opowieści o duchach, o przerażających stworach rodem z folkloru, które zostaną wplecione w okolicznościowe przedstawienia, a wieki później będą przeżywać swój renesans na internetowych platformach typu Instagram/Pinterest/Tumblr. Płomienie wydobywały z ciemności zarysy porozwieszanych gdzieniegdzie wieńców, obrazujących cykliczność natury oraz gałązek ostrokrzewu. Zanim chrześcijaństwo nadało im symbolikę kropel krwi i korony cierniowej Chrystusa, poganie utożsamiali je z Oak King'em - personifikacją kolejnego obrotu Koła Życia, który zabija swoje poprzednie wcielenie, "stary rok", Holly King'a. Adwersarz weźmie odwet za pół roku, w czasie Lithy, czyli przesilenia letniego. Odwieczna walka pomiędzy dwoma aspektami jednego Boga - władcą ciemności i bogiem płodności, zimą a latem - jest podstawą mummers plays, uwiecznionych w utworze Loreeny McKennit.


Loreena McKennitt 'The Mummers Dance'

The mummers, czyli kolędnicy. Pomimo, że wszelki Dębowy Król jest obcy naszemu folklorowi, to jednak rdzeń kolędowania - piszę o jego formie nietkniętej przez chrześcijańskie "aniołki" - pozostał ten sam: podkreślenie wegetacyjnych sił przyrody. Specjalne stroje, muzyka, odgrywane scenki miały za zadanie przyniesienie urodzaju w nowym roku. Dokładnie to samo, co porozrzucane wokół gospodarstwa popioły ze spalonego yule log.

*  *  *

Choć grupy kolędników są bardzo zróżnicowane, to jednak występuje wśród nich pewien wspólny atrybut: gwiazda, przez Kościół przemianowana na Gwiazdę Betlejemską. Niegdyś symbolizowała słońce, z każdym dniem coraz silniejsze. Narodziny Sol Invictus, który to był zlepkiem wielu bóstw solarnych (z perskim Mitrą na czele) starożytni Rzymianie świętowali 25. grudnia, natomiast dniem mu przeznaczonym była niedziela. 

Pisząc o obchodach Dies Natalis Solis Invicti nie można pominąć uroczystości, które miały miejsce na tydzień przed urodzinami bóstwa, mianowicie Saturnaliach. Od 17. do 23. grudnia hierarchia społeczna ulegała odwróceniu: niewolnicy mogli jadać przy jednym stole wraz z panami lub też nawet byli przez nich obsługiwani. Rzymianie porzucali togi na rzecz synthesis, greckiego kolorowego stroju ubieranego tylko i wyłącznie do ucztowania bądź też w domowym zaciszu - w normalnych warunkach żaden szanujący się mieszkaniec imperium nie wyszedłby w tym na ulicę (czyżby przodek świątecznych sweterków?). W oczekiwaniu na narodziny Słońca Niezwyciężonego zapalano świece i pochodnie (dalekie echo kalendarza adwentowego?) oraz rozdawano prezenty (ważne było, aby ich wartość nie kłóciła się z atmosferą ogólnej jedności i sprawiedliwości. Innymi słowy, podarki nie mogły być zbyt drogie). Co upamiętniały te uroczystości? Mityczny Złoty Wiek, czas pod panowaniem Saturna. Legendarną Arkadię, w której wszyscy ludzie byli sobie równi i żyli w zgodzie ze sobą i ziemią, rodzącą obfite plony.

*  *  *

Bogini rodzi Boga, utożsamianego ze słońcem, jasność powoli, powoli zostaje z nani na dłużej. Rodzina i znajomi otrzymali kartki z małokatolickimi królikami i pingwinami. Pomiędzy zwyczajowymi życzeniami, były i te typowo "yulowe": aby noce, które nadejdą - ponieważ one przyjdą, nie ma od tego ucieczki, Koło Życia znów zatoczy pełen obrót - nie były tak długie i straszne jak w 2017 roku. 


"ZAWSZE PIERWSZA, ZAWSZE DRUGA"
INDOKTRYNACJA LEVEL ONE
INVICTA EST


Bogini rodzi Boga. Ten sam Bóg ją później zapładnia, historia niemalże jak z "Gry o Tron". Tak wygląda symbolika. Wiccanie wierzą, że świat urządzony jest z pierwiastków żeńskich i meskich, do prawidłowego funkcjonowania natura potrzebuje tych dwóch sił. Ziemia przyjmuje promienie słoneczne i ponownie rodzi życie; Bogini jest równa Bogowi i na odwrót. Jak sprawa wyglądała w katolicyźmie, wszyscy wiemy. 

Pomimo, że Kościół, w większości złożony z rodzaju męskiego, miał straszny problem z istotą płci żeńskiej i naturalnym funkcjonowaniem człowieka w ogóle, nie udało mu się wyrugać archetypu Bogini do końca. Owszem, zrzucił na nią winę za wszelkie nieszczęścia, jakie spotkają rodzaj ludzki i odebrał jej ciału i psychice ludzki wymiar, to jednak tak w Ewie jak i w Maryi wciąż można odnaleźć jej ślady. Ot, choćby taki księżyc, podstawowy symbol Bogini, symbolizujący trzy fazy kobiecego życia, Dziewicę, Matkę i Staruchę: 

Potrójny symbol Bogini, autor: AnonMoos

Maryja, Królowa Niebios, często jest przedstawiana jako stojąca na półksiężycu, a u jej stóp znajduje się wąż (atrybut słynnej miniońskiej "wężowej bogini", później cechujący świątynię Ateny Partenos).  Jej nimb składa się z 12 gwiazd, tylu, ile jest znaków zodiaku. Szaty są koloru niebieskiego. U wiccan barwa ta symbolizuje wodę (element żeński) oraz przypisuje jej się właściwości uspokajające, kojące - a to przecież do Matki Boskiej chrześcijanie modlą się "teraz i w godzinie śmierci naszej" szukając pocieszenia i wsparcia. 


Nie to, żebym szukała pretekstu - Bogini-Matka jest 
obecna i w kulturze popularnej - ale ta wersja jest tak piękna, że 
muszę ją tu zaprezentować.
 Karliene, 'Sansa's Hymn'



*  *  *

Byłam w Polsce na urlopie i udało mnie się "załapać" na rzecz zwaną święceniem tornistrów. Wraz z siostrzenicą, lat 6, w ciepły wrześniowy poranek dziarsko poszłyśmy do świątyni. Maluchy zostały ustawione w dwa szeregi, te najbardziej gorliwe dzielnie walczyły o pierwszą parę. Jeszcze tylko wyplucie Huby-Bubby w chusteczkę i zaczęła się ceremonia. Dzieci miały frajdę (chyba), dorośli dowiedzieli się, że nadchodzący rok będzie Rokiem Maryi. Ucieszyła się ciotka-tak-jakby-poganka, że w końcu Kościół zaczyna dostrzegać potencjał Maryi, Bogini, kobiety. 

Powtórzę:  absolutnie nie idę na wojnę z Kościołem i własną religią "z urodzenia". Jakże bym mogła, mając szacunek dla rodziny i wspomień oraz pamięć przeczytanych wywiadów takich jak J. Podgórskiej z E. Adamik lub artykułów A. Szostkiewicza (linki na końcu wpisu). Ale też nie będę się godzić na nadawanie sensu czemuś takiemu jak święcenie tornistrów czy pierwsza komunia święta z tego prostego względu, że człowiek ma inne reczy wtedy w głowie i w sercu (duszy?) niż świadome przeżywanie religijnego obrzędu (tego drugiego wręcz zdzierżyć nie mogę, ale to właściwie ludzie uczynili z niego pokaz tego, kto ma większy portfel. Podobnie zresztą ze Świętami Bożego Narodzenia, co wywołuje moje autentyczne współczucie dla wierzących, praktykujących znajomych). Zdaję sobie sprawę, że są ludzie, którym takie ułożenie życia (zresztą, Koło Życia też porządkuje rok), wskazówki, co wolno a czego nie, takie święcenie tornistrów, odpowiada i respektuję ich stanowisko. Mimo wszystko, Kościół głównie jawi mnie się jako instytucja polityczna, prężnie działające przedsiębiorstwo, w którym  p r a w d z i w a  wiara jest na jednym z ostatnich miejsc. "Bez względu na to, jak daleko uciekamy od wojny, ona zawsze nas dogania". Mam też w głowie i ten cytat; teraz, gdy świat stoi na jej krawędzi, to będzie znak przynależności, identyfikacji, schronienia. 


Nie będąc hipokrytą: i mój pokój przemienił się w 
Room Baratheon na cztery dni.


Wicca jest bardzo dowolnym systemem wierzeń - można go praktykować indywidualnie lub być częścią konwentu, można wyobrażać sobie postacie bóstw, ale nie trzeba, nie ma sztywnych reguł i doktryn (stąd też raczej nie ma mowy o popularności na miarę jednego z "wielkiej trójki", tj. chrześcijaństwa, islamu i judaizmu) - to jest również bardzo "babską" religia i, w mojej opini, każda kobieta, niezależnie od wyznania i kręgu kulturowego powinna zaczęrpnąć choć garść informacji o kulcie Bogini i jej relacji z Bogiem. Nie piszę tego w celu werbowania kogokolwiek, ponieważ nachalne narzucanie czegokolwiek jest obce pogaństwu. Odnaleźć w swej geograficznej religii korzenie prastarej Gai, Isztar, Astarte, Diany, Dodoli. I pamiętać, że Bogini, pomimo, że bywa Staruchą i ma swoje mroczne, negatywne wcielenie, to nigdy nie umiera; umiera jej towarzysz, lecz ona pozostaje niezwyciężona.


W CIENIU KATEDRY

'I noticed that the divers in their routine were not speaking at all. To me, they were like priests preparing for mass. Under the ice the divers find themselves in a separate reality where space and time acquire a strange, new dimension. Those few who have experienced the world under the frozen sky often speak of it as going down into the cathedral'.

W. Herzog, 'The encounters at the ends of the world'

Wicca nie twierdzi, że jest jedyną, słuszną religią. Postuluje szukanie absolutu samemu poprzez przeróżne praktyki (o ile "nie czuje się" go naturalnie) takie jak medytacja, taniec, śpiew i inne. Zaleca dążenie do rozwinięcia swojej świadmości, nauczenie się siebie i tym sposobem jak najlepsze (co dla każdej osoby oznacza coś innego), jak najpełniejsze przeżycie życia ('All we have to do is to decide what to do with time which is given to us', szepce gdzieś z boku mózgu J. R.R. Tolkien poprzez usta Gandalfa). Dlatego właśnie w pentagramie najwyższy wierzchołek jest duchem, górującym nad materią. Ogromną rolę, tak jak i w chrześcijaństwie, odgrywa podświadomość i zaufanie. Bóg i Bogini nie są Chrystusem Pantokratorem o srogim spojrzeniu ani odległą Królową Niebios; oni są w każdym z nas. Święta jest ziemia i jej każde stworzenie. 

"Zobaczyć świat w ziarenku piasku,
Niebiosa w jednym kwiecie z lasu.
W ściśniętej dłoni zamknąć bezmiar
W godzinie - nieskończoność czasu".
William Blake, frag. "Wróżb niewinności"

Rzecz jasna, są w wicca rzeczy, z którymi się nie zgadzam i sama też nie jestem żarliwą wyznawczynią. Jestem przeciwniczką podtrzymywania życia za wszelką cenę (a w wicca życie jest wartością nadrzędną); nie jestem wegetarianką (mam dość pokątne wytłumaczenie, że człowiek jako gatunek od początku był mięsożerny, lis zjada królika, łańcuch pokarmowy i te sprawy; a prawda jest taka, że po prostu lubię jeść), zasady do what you want, as long as you harm none; do nothing that will harm yourself  średnio mi wychodzą (nie odpisywanie na smsy siostry; posiadówy do godziny 2 nad ranem, w sytuacji, gdy za kilka godzin idzie się do pracy; zbyt dużo kawy i czekolady).

*  *  *

Czyli czego w końcu zazdroszczę innym religiom? Wypadałoby w końcu odpowiedzieć na pytanie. Zazdroszczę im sacrum i tabu. W katolicyzmie już dawno go nie ma. Zazdroszczę im tego, że ich bogowie i prorocy nie są bohaterami memów, sakralne posągi nie są używane w teledyskach Pharella Williamsa na równi z męskimi narządami i nie są też orężem politycznym do zaznaczania terenu, Że nikt nie przebiera psów za święte postacie, bo to nawet przez głowę by wyznawcom nie przeszło. Ktoś powie, że usycham z tęsknoty za skostniałą, poważną, nudną religią. Może tak. I może też dlatego odwracam się od murów katedry i wstępuję w zarośla. Bo choć urodziłam się pod znakiem krzyża, to jednak podwójna ziemia i ogień wydają się być we mnie silniejsze. 
















piątek, 21 kwietnia 2017

Na marginesie myśli


* Tomkowski napisał: Poprzez samobójstwo człowiek zdradza samego siebie, narusza jednocześnie wyłącznie Bogu przysługujący przywilej odbierania życia.. A co jeśli oddaje się życie za inną osobę? Dajmy na to, sytuacja jest następująca - oprawca ma jeden nabój i dwóch zakładników, chce zabić jednego, ale drugi proponuje siebie na jego miejsce. Zakładnicy są obcymi dla siebie ludźmi. Samobójstwo jest poproszone, tak, jakby ten, co się zgłosił do odstrzału był najzwyczajniej strasznym tchórzem, aby samemu pociągnąć za spust/wziąć tabletki/powiesić się/oddać się rzece lub rozpędzonej maszynie. Co wtedy z takim niecierpliwym? Czy liczą się intencje czy sam akt? Pewnie intencje; ale to i tak jest jeden "wybieg" - narządy do transplantacji.

* Boże, jeśli to ma się skończyć jak zawsze, to nie dawaj mi nadziei. 

* Nie kuś mnie na uwodzenie, bo wiem, że zbyteczne będą moje starania. (o, mój kolego geju)

* Kiedyś leżałam w łóżku, było już po godzinie duchów i patrzyłam na księżyc. Wpatrywałam się w niego uparcie, aż w końcu skroplone światło księżycowe zsunęło się z policzka i chciałam, aby łzy wypłukały ze mnie wszystkie wady. I wasn't crazy, I was divine. I zastanawiałam się też, czy można by skroplić duszę.

* Bolą mnie oczy i myśli od tego śniegu. (któraś zima w Polsce, niekończąca się bajka zimowa, w której to dolina była szara. Biała. Czarna. We wszystkich kolorach, które nie były kolorami)

* Pachniesz jeszcze snem. Chcesz powiedzieć, że kochasz, ale dźwięki dopiero muskają słowa/dotykają słów. Tak, jak i nogi twardej ziemi. Chcesz złapać kwiaty z ceraty, ty jeszcze jesteś spoza tego świata. Oczy, z niewidocznymi rzęsami, patrzą, lecz nie widzą; może czują, może to instynkt. Powracasz do snu. Gdy deszcz i liście walczą na ulicach, Księżyc wschodzi w słowach kołysanki. Powracasz do snu. (życzenia z roku - 2007? - dla - ile ona miała miesięcy, jak miała na imię?)

* 09/04/17: W deszczu i zapachu maleńkich białych kwiatów. Jest rajska pogoda i, choć nie ma miłości, nie chcę umierać. Ciepły wiatr przepływa przeze mnie, ocean rozlał się nade mną; w uszach zamiast muzyki, która zazwyczaj ma rozwalać mózg, sprawcę i źródło życiowej klęski, szum drzew. Niech ten dzień się nie kończy.  

czwartek, 13 kwietnia 2017

Cinema ecologico

Dzięki uprzejmości kogoś odpowiedzialnego za marketing (?) kina w Sutton co jakiś wtorek ukulturalniam się filmowo – w ten dzień tygodnia bilet kosztuje pięć funtów (normalnie osiem z kawałkiem). A jako że do kina chodzić lubię i potrafię docenić wartość zniżki, to nie wybrzydzam zbytnio przy doborze repertuaru (żeby już się tak totalnie nie pogrążać własnym mało wyrafinowanym gustem napiszę, że tanim wtorkom zawdzięczam zobaczenie Zwierząt nocy, Moonlight, Arrival, VVitch i mam nadzieję, że Elle też będzie included w ofertę).

Real jak cholera, bo a to buty do biegania wyeksploatują się doszczętnie, a to opona lub dętka głównego środka lokomocji natrafi na gwóźdź na drodze i jeszcze trzeba listy, uszy królicze i kartki powysyłać.

Do kina chodzić lubię, nawet jeżeli jest ono nieco obskurnie, grim, tak jak te w Sutton. To nie jest multipleks, ale i też nie kino studyjne (daleko mu do przyjemnej, intymnej atmosfery nieistniejącego już pokoju z krzesłem-kina na Podmurnej); nie przeszkadza mi ograna muzyka i nawet reklamy lubię, i zapowiedzi filmów (oczywiście idę na Króla Artura oraz Zaginione Miasto Z, i, nie, wcale nie dlatego, że w obydwu filmach gra Hunnam; masz moją dychę, Vue).

Ostatnim wtorkowym seansem był Kong: Wyspa Czaszki (uprzedzałam, nie jestem wymagająca gdy w grę wchodzi kinowe doświadczenie za funtów pięć). Zgasł ekran, zapalili światła, facet wstający w rzędzie przede mną wysączył: ‘Stupid!’
Na Teutatesa, litości!!! Chłopie, poszedłeś (mniemam, że świadomie, siłą nikt Cię nie zawlókł) na film o zmutowanej małpie, czego Ty się spodziewałeś? Że ten film zmieni Twoje życie? Wleje w Twoją egzystencję nowe idee, sprawiając, że nic nie będzie już takie samo?

‘No shit, man’, jakby to ujął charakter grany przez Samuela L. Jacksona (główny bad guy opowieści). Tom Hiddelston hasa w obcisłej koszulce i z giwerą w rękach, Brie Larsson z aparatem oraz w, zawsze, ale to ZAWSZE, nawet gdy zostaje wypluta z gardzieli przerośniętej jaszczurki, nieskazitelnie białym podkoszulku (chyba na wyspie i materiały podlegają jakiejś mutacji, gdyż bawełna wydaje się być stalowa, dżunglo- i dziuroodporna). Na wiecznie czyste włosy, zęby i twarze opuszczam zasłonę milczenia.

Wiem! Przed chwilą gdakałam na gościa, że narzekał na głupotę filmidła, a teraz sama jakby nie zdaję sobie sprawy, że takie kino rządzi się swoimi, również estetycznymi, prawami; to stylistyka teledysku, to ma się sprzedać, a żeby generowało kasę, Brie musi być zmęczona w ładny sposób, natomiast Tom zazwyczaj przyjmuje kontraposty godne Dawida Michała Anioła. No czepiam się, wiem, ale wprost nie mogę „przeboleć” tych pancernych ubrań wypranych w Perwolu.


Peter Jackson też nakręcił film o wielkiej małpie. W King Kongu główna rola 
drugoplanowa przypadła Adrienowi Brody'emu. 
Tak więc, gdybym kiedykolwiek musiała stanąć 
[w tle: gif śmiejącego się Gandalfa, o, ten właśnie:]
przed tym, jakże ciężkim, acz przyjemnym wyborem: Hiddleston czy Brody - 
biorę Adriena. 


Żeby nie było już tak całkowicie prześmiewczo: ponieważ ogólne przesłanie filmu (tak, było takowe) jest zgodne z moimi własnymi przekonaniami to teraz słowo o nim – ludzie to zło tej planety. Jesteśmy jedynym gatunkiem, który niszczy własne środowisko, dom oraz jego współmieszkańców. Niby latamy w kosmos i potrafimy rozmawiać z przeciwległych krańców Ziemi a nie umiemy (nie chcemy?) dostrzec tego, co dzieje się, co robimy, pod naszymi nosami. Truzim, ale inaczej nie można tego niż w łopatologiczny sposób, wyłożyć.

Pamiętam jak King Kong, ten w reżyserii Petera Jacksona, był emitowany w telewizji; podczas sceny, w której spętanego goryla wystawiono na widok publiczny, wyszłam do kuchni zrobić herbatę, na którą nawet nie miałam ochoty.   

Sama nie jestem bez grzechu: fakt, że po prostu lubię – napiszę bez ogródek – wpierdalać i nie potrafię zrezygnować z mięsa (lichy argument, że od początku byliśmy gatunkiem mięsożernym niezbyt mnie rozgrzesza) oraz nie dokonuję selekcji przy wyborze słodyczy, pełnych oleju palmowego, uznaję za jedną z największych porażek życiowych. Robię też inne rzeczy, te znajdujące się na drugim biegunie, ale nie będę sobie wystawiać żałosnej laurki.

A i tak nic się nie zmieni (w świetle powyższego: „chcesz zmieniać świat, zacznij od siebie”…). Znajdujemy się na równi pochyłej i niestety garstka tych wspaniałych wojowników, nieomal Don Kiszotów, z różnych instytucji ekologicznych nie wygra z młynami pełnymi pieniędzmi. Zresztą… zniszczenie postąpiło już za daleko. Niestety, nic nie poradzę na to, że jestem pesymistą, jak możesz być optymistą, jeśli urodziłeś się w tak parszywym miesiącu jak styczeń, więc jak mogę widzieć światło a nie cień; a może jestem tylko realistą. Może, może, może…

sobota, 5 listopada 2016

Listopad

I am stretched on your grave
And will lie there forever
With your hands held in mine
I’d be sure we’d not sever
My apple tree my brightness
‘Tis time we were together
For I smell of the earth
And am stained by the weather

When my family thinks
That I’m safe in my bed
From night until morning
I am stretched at your head
Calling out to the air
With tears both hot and wild
Oh I grieve for the girl
That I loved as a child

The priests and the frairs
Behold me in dread
Because I still love you
My love and you’re dead
I would still be your shelter
From rain and from storm
And with you in your cold grave
I cannot sleep warm


XVII wiek, anonimowy autor, potem wiek XX., Sinead O'Connor i Dead Can Dance. Temat stary jak świat, miłość i śmierć: niepogodzenie się z tą ostatnią i niemożność odejścia od tej drugiej. Choć pewnie śmierć powinna być napisana przed miłością.
Będąc już tylko "ja", miast "my",  n i e u m i e j ę t n o ś ć  życia w tym pierwszym.

When my time comes around
Lay me gently in a cold dark earth
No grave can hold my body down
I'll crawl home to her

XXI wiek, Hozier udaje, że śmierci nie ma. Można ją oszukać, choć na chwilę, jeśli tylko kocha się i jest się kochanym. In the low lamp light I was free/Heaven and hell were words to me. Francuzi ją deprecjonują, a jednocześnie włączają w ów moment afirmacji życia, mając określenie: la petite mort. The Neighbourhood opowiadają o tym tak: Touch me there/I want you to touch me there/Make me feel like I'm breathing/Feel like I'm human again. Osobiście uważam, że to jedna z najładniejszych definicji seksu; It's only one way to soothe my soul, dopowiada Gahan.
Tyle z przyjemności. 

*   *   *

Chłopca z pierwszego tekstu nikt już nie przywróci "do życia" - tak, to nie on leży w grobowcu, ale jednak jest umarły. I takim już pozostanie w pewnym sensie, czas nie leczy wszystkich ran. W tym jednym, jedynym aspekcie, zawsze już będzie nieco odtwarzał życie, egzystował a nie żył. Nagle „my” ponownie staje się „ja”; komplet rozpada się na dwie części, jedną wciąż widoczną, drugą – już prawie nie. Piszę „prawie” ponieważ namacalne zostają: rzeczy osobiste zmarłego i wspomnienia o nim (choć wątpię, czy w stosunku do nich można użyć słowa "namacalne". Nie, nie można, nie dotknie się, nie usłyszy myśli, tylko się je zobaczy, wytworzone i zmienione przez pamięć i rozpacz). Często rodzice pozostawiają pokoje zmarłych dzieci w stanie takim, w jakim były w czasie, gdy ich używano ostatni raz; krótko po śmierci kogoś bliskiego, znajomi wciąż wykręcają jego numer, w odpowiedzi słysząc tylko głos, nagrany na pocztę głosową, który został mechanicznie wywołany z zaświatów.
Pozostawia się pozory obecności tej osoby, robiąc z nich pancerz ochronny przed rzeczywistością. Stanem faktycznym, zimnym kamieniem zamiast ciała, szumem drzew zamiast głosu. Kwiatami w wazonie, oprócz walorów estetycznych, biorąc pod uwagę teraz też to, ile dni postoją. Nie myśli się o tym, dając bukiet np. na urodziny lub Dzień Matki; on ma być po prostu piękny, by takim też uczynić ten dzień. Moment. Ma być przede wszystkim piękny, by się podobać, nie musi być praktyczny; jeszcze nie. 
Jak nazywa się pierwsza faza żałoby? Niepogodzenie? Zaprzeczenie? Niemożność uwierzenia, że to już? Tak szybko? Przed trzydziestką? Posiadanie dzieci, rodziny, 40 na karku nic nie daje. Gdy umierała babcia - nie "odchodziła", "gasła", prawdziwa śmierć nie ma w sobie nic poetyckiego, filmowego - ojciec płakał w ciszy, zresztą, wszyscy płakaliśmy. Po raz drugi usłyszałam Jego płacz w telefonie, gdy kwietniowe niebo było jeszcze szare po odchodzącej nocy. I, mimo że już wtedy, gdy spojrzałam kto dzwoni, w i e d z i a ł a m, do ostatnich milisekund nie chciałam wierzyć. Coś zostało zaburzone, więc to  n o r m a l n e, że zadaje się pytanie, co się stało, czemu dzwonisz o godzinie 6 rano; przecież nikt, gdy wszystko jest po staremu, gdy wszystko gra, nie dzwoni o takiej godzinie. 
Kiedyś na bibliotecznej wyprzedaży wykopałam stary numer listopadowego "Zwierciadła". Temat przewodni wiadomo jaki. Wiem, że umierasz. Pozwalam Ci odejść. Widzę, że nie żyjesz, lecz cierpisz w agonii, nie wiem, czy masz świadomość tego wszystkiego; z całych sił błagam i mam nadzieję, że nie. Czy to tylko Twoje ciało reaguje czysto biologicznie na bodźce. Wiem, że nijak nie mogę Ci pomóc i to jest najgorsze.
Wiem, że umierasz. Tyle razy można sobie wyobrażać ten moment, chcąc się jakoś przygotować. Nie, nie da się; świat roztrzaskuje się na kawałki, czas rozdziela na dwa etapy, nawet gdy wszystkie znaki na Ziemi i na niebie mówią: przecież  w i e s z,  jak to się skończy. 

*   *   *

Czas powraca do chwili, gdy bogowie i boginie jeszcze "nie zeszli do podziemi". 


Niczym mgiełka wydostanę się na zewnątrz. Jako dym przepłynę na cmentarz, będę jak płomień. Ogień, a ogień to ciepło, życie. I choć ona widzi, że on już się rozkłada, że śmierć zabrała jego urodę, to wciąż dla niej jego usta są słodkie jak miód. 
Ciało, wstrętne ciało, czemu nie dajesz mi spokoju. 
Ekstremalny obraz zaklinania rzeczywistości został pokazany w filmie "Od grobu do grobu". Bohaterka wybiera zagrzebanie żywcem u boku zmarłego ukochanego. Jedna z przedostatnich scen ukazuje Idę stojącą w blasku zachodzącego słońca (symbolika aż nadto wymowna). Kamera zatacza koło: od sylwetki dziewczyny, poprzez ziemię, drzewa, niebo, powraca do twarzy z zamkniętymi oczami (trzeba dodać: twarzy, na której błąka się uśmiech). Wszystko jest jasne: wszystkie sprawy ze światem zostały załatwione. Jej decyzja jest ostateczna, lecz przede wszystkim – pomimo swej grozy – świadoma. Ktoś, kto widział film może powiedzieć, że Ida była osobą opóźnioną w rozwoju, a nawet jeśli nie, to na pewno nieco stukniętą. Może tak. Że on na pewno by nie chciał, by zakradała się do tego samochodu-trumny. Pewnie tak. I na pewno, pod trzema metrami piachu, już na 100% odchodząca od zmysłów z braku powietrza, robaków, pragnienia, głodu, smrodu rozkładającego się ciała obok, w końcu - zdania sobie sprawy ze swej decyzji chciałaby rozszarpać blachę, instynkt zrobiłby swoje. Pewnie chciałaby krzyczeć o pomoc, lecz nie mogła, gdyż Ida była niemową, teraz podwójnie. 

*   *   *

O czym mówią umarli? Jak mówić, przekazywać coś nawet mimiką, gdy "usta ścięte, oczy zwarte"? Jak przeżywać, skoro ciała nie napędza już krew, mózgu myśl a ducha emocje?  
"Z biologicznego punktu widzenia życie jest nieśmiertelne, nigdy nie ginie, gdyż charakterystyką życia jest zdolność prokreacji, przenoszenia własnego planu genetycznego."
Cytat A. Kępińskiego z podręcznika do biologii. Interpretując niebiologicznie: wszystko, co przeżyją dzieci, noszące w sobie rodziców, wszystkie te kolory, które ujrzą, usłyszaną muzykę, zjedzone jedzenie, dotknięte drugie ciało, to wszystko zapewnia wspomnienia, a może nawet 
r e a l n e dotknięcie życia tym w zaświatach? A uczucia, czy uczucia poprzez nas też mogą odbierać na swoich bezcielesnych postaciach? Co natomiast, jakie zabezpieczenie na komunikację ze światem doczesnym mają rodzice, którzy musieli pochować swoje dzieci? Gdy naturalny porządek zostaje przerwany. Uważam, że to jedno z tych uczuć, którego ktoś, kto tego nie doświadczył, nie jest w stanie sobie wyobrazić. Ledwo, i z pewnym wstydem, z uczuciem: nie powinnam, co za ohydny voyeuryzm tu odstawiam, brzydzę się przecież takim zachowaniem (co jest nieuzasadnione, ponieważ Nick Cave sam upublicznił proces żałoby po stracie syna) obejrzałam wideo do utworu "Jesus Alone". A co z tymi, którzy nie mają lub nie chcą mieć potomstwa? Dla nich pozostają słowa Edwarda Muncha (zostawiam w angielskim tłumaczeniu, bo obawiam się, że superzgrabnie nie udałoby mi się tego ubrać w polskie słowa): "From my rotting body flowers shall grow and I am in them and that is eternity".
O co proszą dla zmarłych bliscy? O różne, znane z życia, bo skądże indziej, wyobraźnia zwykłego człowieka nie ma innej matrycy niż to co odbierze  z m y s ł a m i, rzeczy. I choć ich głos posiada jeszcze tę właściwość, że mógłby być słyszalnym, to prośba jest szeptem. Tak, jakby człowiek rodził się z wiedzą (i strachem?) o tym, że Tam - gdzie? - mówi się ciszą. Cisza to spokój, a spokój to bezpieczeństwo. A instynkt samozachowawczy pracuje na pełnych obrotach i żeby mózg nie zwariował, podsuwa różne myśli; niektórzy nazywają je nadzieją. 

wtorek, 27 września 2016

Stanowisko

Jedną z moich wad jest prokrastynacja, nic oryginalnego. Dla przykładu: festiwal w Reading był w dniach 26 - 28 sierpnia, notka o nim powstała z jakieś 2 tygodnie później - post opublikowany dziś. Zaszto? porque? hvorfor?


Zaszto, porque i hvorfor tak cyzeluję te posty, jakby były one co najmniej jakimś Ulissesem. Żaden perfekcjonizm, bo takiego nie posiadam, więc co tu jest na rzeczy? Raczej brak spontaniczności. Z takim tempem można spóźnić się z życiem. 



Z tą sprawą - nie wypada dłubać w słowach za długo. Choć niezręcznie trochę się czuję, pisząc o tym, siedząc w sytej Anglii i obrastając w tłuszcz, doprawiony tym, z czym przyszło mi się urodzić, czyli pesymizmem, czarną żółcią, połączonymi z realizmem. 



Słowa wykrzyczane, wypowiedziane na rynkach, we wywiadach, słowa zagłuszone w tzw. "dyskusjach", napisanych w nawiasie, ponieważ, tak mniemam, "dyskusja" powinna być wymianą poglądów pomiędzy rozmówcami. Nie tyradą, monologiem jednej ze stron. Rozmawiałam ostatnio z tatą, który zreferował mi jedną z "debat" w telewizji. Dziennikarka musiała przerwać program, gdyż przedstawiciel PIS-u nie dał dojść do głosu stronie przeciwnej, nawet po kilkakrotnym upomnieniu; nawet, gdy w końcu, jakimś cudem, oponent zaczął swoją wypowiedź, człowiek z partii rządzącej zagłuszył go po trzech słowach. 

Nie pytam nawet, nie proszę, o szacunek dla rozmówcy - te czasy już dawno minęły. O jakąś kulturę wypowiedzi, najzwyczajniejszą umiejętność, w i e d z ę o tym, jak powinna wyglądać rozmowa z kimś, kto ma odmienne poglądy. Tak, należy dać mu szansę odpowiedzi; tak, można się z nim nie zgodzić, ale wypada (cóż za obrzydliwe słowo! "Wypada"!) uszanować jego racje. Prawo wypowiedzi. 


Obawiam się, że wszyscy zwolennicy aborcji nic nie wskórają. I absolutnie nie będzie to miało związku z wielkością strajku, ze skalą wkurwienia, z niepogodzeniem na cofanie się do średniowiecza. A to dlatego, że PIS to taka partia, którą nakręcają właśnie takie przejawy wolnej woli. Sprzeciwu. Działa na zasadzie "możecie zrobić co chcecie, ale to my mamy władzę" i śmieje się sporej części narodu w twarz. Rzecz jasna, siedzenie cicho i nic nie robienie też jest złe. I, naprawdę, z całych sił chciałabym uwierzyć, że im się uda. Ale po prostu nie potrafię. Boję się, że cały ten wysiłek idzie na marne, ponieważ w sejmie jest zbyt wiele osób - teoretycznie, "głosów ludu" - które nienawidzą kobiet i dzieci płci żeńskiej. Masz waginę? Twoim celem, jedynym celem, nadrzędnym celem ponad wszystko, ponad ciebie (specjalnie z małej litery) jest urodzić to dziecko. Jesteś człowiekiem (a może tylko istotą?) z waginą? To nic, bo i tak o tobie i innych inkubatorach najwięcej będą mieli do powiedzenia niektórzy z tych, co mają penisy. Ci, co nigdy nie będą zgwałceni, a nawet jeśli, nie będą musieli nosić w sobie owocu barbarzyństwa. Ich życie i zdrowie nigdy nie będzie zagrożone w przypadku ciąży z komplikacjami, gdyż oni nie mogą być w tej cholernej ciąży. 



Ale jest jeden haczyk: oni mają żony, córki, siostry, przyjaciółki. 



To, co napawa mnie obrzydzeniem, co jest tak bardzo widzialną hipokryzją, to fakt, że gdyby coś takiego przydarzyło się jednej z tych kobiet - czego, rzecz jasna, nie życzę im - to wiem, że czekałby na nią pokój w klinice na Słowacji, w Czechach. Kazus tych, co uważają, że WOŚP to banda złodziei: wyobraźmy sobie, że taka osoba jedzie z rodziną na wakacje. Przydarza się wypadek, dziecko zostaje odwiezione do szpitala, a tam np. taki respirator z serduszkiem, zakupiony dzięki Owsiakowi. Już widzę, jak ta osoba krzyczy do lekarzy: "Nie, nie używajcie tego do ratowania mego dziecka, to pochodzi od tych oszustów!". 



I wkurzają mnie też opinie, szczególnie słyszalne wśród kilkorga ludzi w średnim i podeszłym wieku, znudzonych facetów i kobiet po menopauzie, którym ciąża już nie grozi. "Ta sprawa z tą całą aborcją to tylko po to, by odwrócić uwagę od ważniejszych spraw, zasłona dymna". I znów nieważne jest kobiece zdrowie, życie, wybór. To "temat zastępczy" - w końcu zawsze jest COŚ ważniejszego. 



Na FB ktoś przytomnie zapytał: jak to jest, że dziecko chciane, wyczekane, tyle, że z in vitro, jest dziełem Szatana, a dziecko zrodzone z gwałtu jest darem Boga. 



Boga PIS również ma na wyłączność. Nie jest niczym nowym, wykorzystywanie religii do celów politycznych; nawet tragedii. Nawet ją PIS potrafił przekuć w kość niezgody, organizując miesięcznice, dając tym samym raison d'etre dla całej rzeszy starszych ludzi, odciągając ich od smutnej wegetacji przed telewizorami. Dał im Wroga, z którym należy walczyć i Prawdę, o którą należy się bić. To mogło być (obrzydliwie czuję się, pisząc to słowo) w jakiś sposób "atrakcyjne" dla starszych. Aborcja to co innego - jest w tym coś perwersyjnego, bo i seks jest w to włączony (nieważne, że przecież gwałt z prawdziwym stosunkiem nie ma nic wspólnego) i rzekome morderstwo. No i władza...oczywiście, nad kobiecym ciałem. Chciałam po tym napisać: "nad kobietą w ogóle", ale nie zrobiłam tego. 



Bo dla tych, którzy nienawidzą kobiet, nie są one dla nich niczym więcej, jak tylko ciałem.

Kolor zachodzącego słońca latem

W języku angielskim istnieje taki fajny kolor - zwie się tangerine. Niby mandarynkowy, ale...nie, nie do końca. Jest w nim ciepło, wysączone z przedmiotów i stworzeń zza dnia, od godziny 11, 12, 13, 14 i dalej - to ta pomarańczowa plama, rozlewająca się na większości nieba - aż do tej różowo-fioletowej smugi godziny 19, 20, zapowiedzi wieczoru. Nocy, jeszcze niespiesznej, bo wciąż zanurzonej w sierpniowej zawiesinie.


Bo tangerine to kolor zachodzącego słońca latem. 



Miałam go za plecami, przed oczami w oddali scenę (z bliska była wcześniej), naokoło ludzi, uprażonych i zabrudzonych zza dnia tak jak i ja. Nad nami przewalał się kurz i fale dźwiękowe, choć biegły one chyżym nurtem też i w podziemnych korytach. Siedziałam na trawie, obserwowałam ludzi i wypełniało mnie jakieś dziwne uczucie. "A więc to jest wolność", pojawiło się w głowie. "Tak to wygląda, tak to się przeżywa". Chyba. 



Tak przynajmniej to odczuwałam. 



Każdy z nas, w najróżniejszym wieku, niektórzy cudacznie ubrani, błyszczący od potu i od brokatu, my wszyscy byliśmy tam w dobrej intencji. Nie po to, by zniszczyć życie, detonując bombę w środku tłumu, lecz po to, by je afirmować; To life! Jak śpiewał Teve w "Skrzypku na dachu". 



"Ludzie idący do Bataclanu też pewnie mieli takie same intencje". 



Zaczęło się od godziny 11. Słońce paliło czaszki, gość z zespołem - Frank Turner and The Sleeping Souls - otwierali festiwal. I znowuż, stało się to samo, co w przypadku The Spectre, supportujących Hurts na koncercie w tamtym roku: faceci dają z siebie wszystko, grają na 120% a ludzie niczym kołki. To mnie wkurza, to jest takie...('Nooooo kuuuuuuuuuuuurnaaaaaa!'; No właśnie, nie inaczej, Mungo Jerry - właśnie takie -_-), bo ludzie - piszę tu akurat o The Spectre - zapominają, że ten główny wykonawca, "gwiazda wieczoru", w 99% też kiedyś, gdzieś, może pod inną nazwą, ale TEŻ kogoś tam supportował.



Jeśli mam tę nazwę zastosować do festiwalu, to tymi, co grali w piątek po zachodzie słońca byli The Foals (o pozostałych dniach się nie wypowiadam, gdyż konto bankowe nie zaaprobowało mego pomysłu 3-dniowej hulanki), czyli zespół, którego nie słucham (może nie ma się czym chwalić?). Słucham za to Die Antwoord (Co za mainstream ;P) i The Neighbourhood (Indie? Mefistofelix, indie? Really?). 



Przy tych pierwszych, tłum dostał zbiorowego opętania (w sumie to chciałam napisać inne słowo zaczynające się od litery "o", ale zrezygnowałam z tego zamiaru, bo zaraz będzie, że blog - tym bardziej w świetle następnego postu - jest o jednym i tym samym. Niske strasti jak cholera). Ziemia oddychała kurzem, brunatno-żółta chmura opadała na spocone ciała, przyoblekając je w barwy taneczne. To life! Zagrali może z 5 utworów - wszak to festiwal, nie dziwota więc - ale to wystarczyło, by w głowie zasiała się kozacka myśl: "Jak będą kiedyś grali zwykły koncert, Lloyds nie będzie miał nic do gadania". Jak będą. Kiedyś. O ile będą. W UK. A i tak ostatnie słowo będzie należało do L., czyli banku, w którym mam konto.



Właściwie, to nie powiedziałabym, że Neibohuudzi to indie. W niedzielę scena należała do The 1975 - to jest dopiero indie (jak dla mnie; wokalista odcina się od jakiegokolwiek stylu muzycznego) pełną parą. W grudniu dają koncert w Brixton; idę, oczywiście :D


The NBHD grali w namiocie NME. NME to magazyn wychodzący za free w każdy piątek o tematyce muzycznej, filmowej, popkulturowej (w nim zauważyłam ogłoszenie o Reading Festival). To ich koncert, 10.11.15, w klubie Heaven, był pierwszym na jaki wybrałam się, będąc w tym kraju. Niebiosa znajdowały się w piwnicy - gdy tylko otuliły mnie ciemności, rozrzedzone gdzieniegdzie neonowym światłem, dłoń dotknęła wilgotnej cegły a oczy napotkały ceglane, półkoliste sklepienie, dorwała mnie nostalgia. Czułam się swojsko, od razu przypomniał mi się Pilon, dawny Jazzgot, nawet i Ptaszarnia. "Piwniczny" Toruń. Ciemność, w której czuję się bezpiecznie. Wolę Noc - jest lepsza i piękniejsza od nagiego, bezdusznego dnia.


Off-topic Ci się robi, mruczy mi Mungo Jerry nad uchem. Zatem powracam na pole, pod Słońce, choć może wypada już kończyć ten karnawał. 



Heaven. Niebiosa, "Niebo", Toruń i straszny rok 2014. 

Pamiętasz? 
Niestety, pamiętam.


Przestań. To nie czas i miejsce na robienie publicznej wiwisekcji uczuć, życia i pamięci. Nade wszystko, nie czas.



M. J. ma rację. Tak zatem: 

Siedziałam na trawie, z przodu mając Foalsów, z tyłu gasnące tangerine i obserwowałam ludzi. W symbolice alchemicznej, przedstawienie kruka i lisa oznacza dwie drogi życiowe - ptaszysko, przycupnięte na gałęzi, oznacza vita contemplativa, natomiast żwawy rudzielec na dole to vita activa. Wilczyca stepowa versus kobiety pokroju np. Martny Wojciechowskiej. 
Ostatni off-topic tego posta.