W języku angielskim istnieje taki fajny kolor - zwie się tangerine. Niby mandarynkowy, ale...nie, nie do końca. Jest w nim ciepło, wysączone z przedmiotów i stworzeń zza dnia, od godziny 11, 12, 13, 14 i dalej - to ta pomarańczowa plama, rozlewająca się na większości nieba - aż do tej różowo-fioletowej smugi godziny 19, 20, zapowiedzi wieczoru. Nocy, jeszcze niespiesznej, bo wciąż zanurzonej w sierpniowej zawiesinie.
Bo tangerine to kolor zachodzącego słońca latem.
Miałam go za plecami, przed oczami w oddali scenę (z bliska była wcześniej), naokoło ludzi, uprażonych i zabrudzonych zza dnia tak jak i ja. Nad nami przewalał się kurz i fale dźwiękowe, choć biegły one chyżym nurtem też i w podziemnych korytach. Siedziałam na trawie, obserwowałam ludzi i wypełniało mnie jakieś dziwne uczucie. "A więc to jest wolność", pojawiło się w głowie. "Tak to wygląda, tak to się przeżywa". Chyba.
Tak przynajmniej to odczuwałam.
Każdy z nas, w najróżniejszym wieku, niektórzy cudacznie ubrani, błyszczący od potu i od brokatu, my wszyscy byliśmy tam w dobrej intencji. Nie po to, by zniszczyć życie, detonując bombę w środku tłumu, lecz po to, by je afirmować; To life! Jak śpiewał Teve w "Skrzypku na dachu".
"Ludzie idący do Bataclanu też pewnie mieli takie same intencje".
Zaczęło się od godziny 11. Słońce paliło czaszki, gość z zespołem - Frank Turner and The Sleeping Souls - otwierali festiwal. I znowuż, stało się to samo, co w przypadku The Spectre, supportujących Hurts na koncercie w tamtym roku: faceci dają z siebie wszystko, grają na 120% a ludzie niczym kołki. To mnie wkurza, to jest takie...('Nooooo kuuuuuuuuuuuurnaaaaaa!'; No właśnie, nie inaczej, Mungo Jerry - właśnie takie -_-), bo ludzie - piszę tu akurat o The Spectre - zapominają, że ten główny wykonawca, "gwiazda wieczoru", w 99% też kiedyś, gdzieś, może pod inną nazwą, ale TEŻ kogoś tam supportował.
Jeśli mam tę nazwę zastosować do festiwalu, to tymi, co grali w piątek po zachodzie słońca byli The Foals (o pozostałych dniach się nie wypowiadam, gdyż konto bankowe nie zaaprobowało mego pomysłu 3-dniowej hulanki), czyli zespół, którego nie słucham (może nie ma się czym chwalić?). Słucham za to Die Antwoord (Co za mainstream ;P) i The Neighbourhood (Indie? Mefistofelix, indie? Really?).
Przy tych pierwszych, tłum dostał zbiorowego opętania (w sumie to chciałam napisać inne słowo zaczynające się od litery "o", ale zrezygnowałam z tego zamiaru, bo zaraz będzie, że blog - tym bardziej w świetle następnego postu - jest o jednym i tym samym. Niske strasti jak cholera). Ziemia oddychała kurzem, brunatno-żółta chmura opadała na spocone ciała, przyoblekając je w barwy taneczne. To life! Zagrali może z 5 utworów - wszak to festiwal, nie dziwota więc - ale to wystarczyło, by w głowie zasiała się kozacka myśl: "Jak będą kiedyś grali zwykły koncert, Lloyds nie będzie miał nic do gadania". Jak będą. Kiedyś. O ile będą. W UK. A i tak ostatnie słowo będzie należało do L., czyli banku, w którym mam konto.
Właściwie, to nie powiedziałabym, że Neibohuudzi to indie. W niedzielę scena należała do The 1975 - to jest dopiero indie (jak dla mnie; wokalista odcina się od jakiegokolwiek stylu muzycznego) pełną parą. W grudniu dają koncert w Brixton; idę, oczywiście :D
The NBHD grali w namiocie NME. NME to magazyn wychodzący za free w każdy piątek o tematyce muzycznej, filmowej, popkulturowej (w nim zauważyłam ogłoszenie o Reading Festival). To ich koncert, 10.11.15, w klubie Heaven, był pierwszym na jaki wybrałam się, będąc w tym kraju. Niebiosa znajdowały się w piwnicy - gdy tylko otuliły mnie ciemności, rozrzedzone gdzieniegdzie neonowym światłem, dłoń dotknęła wilgotnej cegły a oczy napotkały ceglane, półkoliste sklepienie, dorwała mnie nostalgia. Czułam się swojsko, od razu przypomniał mi się Pilon, dawny Jazzgot, nawet i Ptaszarnia. "Piwniczny" Toruń. Ciemność, w której czuję się bezpiecznie. Wolę Noc - jest lepsza i piękniejsza od nagiego, bezdusznego dnia.
Off-topic Ci się robi, mruczy mi Mungo Jerry nad uchem. Zatem powracam na pole, pod Słońce, choć może wypada już kończyć ten karnawał.
Heaven. Niebiosa, "Niebo", Toruń i straszny rok 2014.
Pamiętasz?
Niestety, pamiętam.
Przestań. To nie czas i miejsce na robienie publicznej wiwisekcji uczuć, życia i pamięci. Nade wszystko, nie czas.
M. J. ma rację. Tak zatem:
Siedziałam na trawie, z przodu mając Foalsów, z tyłu gasnące tangerine i obserwowałam ludzi. W symbolice alchemicznej, przedstawienie kruka i lisa oznacza dwie drogi życiowe - ptaszysko, przycupnięte na gałęzi, oznacza vita contemplativa, natomiast żwawy rudzielec na dole to vita activa. Wilczyca stepowa versus kobiety pokroju np. Martny Wojciechowskiej.
Ostatni off-topic tego posta.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz