Półka z fiolkami, czyli co tu można znaleźć

Czarodzielnica - miscellanea; teksty na różne tematy.
Kooocham Kinooo - post zawiera w sobie coś filmowego.
Musica Eternal - coś muzycznego, coś co zazwyczaj płynie mi w żyłach.
Księga Cieni - cytaty, książki.
Shut up and take my (imaginary) money - ciuchy. Ładne przedmioty. To, co mogłabym mieć.
Feduaura - osobiste.

W przygotowaniu: pod Wezuwiuszem (wnętrza, w których mogłabym mieszkać. Pod wulkanem mieszkała Magika de Czar), ...and to Her we shall return (natura; chciałam, aby na tym blogu wszystko było po polsku - niestety, nasz język średnio nadaje się na tagi)

piątek, 25 marca 2016

"Chcesz zabić i zniszczyć...

...zniewolić nienawiść, ja też". Paryż, Bruksela, co było wcześniej? Mediolan? 

Gdybym powiedziała, że każdy islamista to terrorysta byłabym straszną hipokrytką - nie mogę, nie wolno mi tak powiedzieć, ponieważ pracowałam z tymi ludźmi i oni mają takie same problemy jak zwyczajna reszta globu. Jeden facet w swoim kraju był inżynierem; przyszła wojna, wyemigrował do UK, marząc o własnym coffee shopie, w międzyczasie raczył mnie opowieściami o swojej fuck friend i o tym, że jest w głębokim anusie jeśli chodzi o długi. Drugi, o ciągotach artystycznych, próbował być aktorem w swoim kraju; przyszła wojna, wyemigrował do UK, nie znając języka i tutejszego kodu kulturowego - stąd też na początku pobytu tutaj, gdy angielskie nastolatki pokazywały mu środkowy palec, uśmiechał się do nich i machał przyjaźnie. Dziewczyna, urodzona tutaj z mamy Egipcjanki i taty Irańczyka, paliła zioło, twerkowała za ladą, nie nosiła hidżabu (choć mama nalegała) i używała słowa "fuck" jako przecinka. 

W przedszkolu mojej siostrzenicy jest Ali, którego rodzice zgodzili się, aby wcielał się w jednego z królów ze Wschodu w jasełkach. 
Ciężko uwierzyć, by którekolwiek z nich miało w planach zamach lub inną obrzydliwą rzecz. Rzecz jasna, ktoś powie, że "oni wszyscy udają", że "Koran tak im każe, zmylić czujność innowierców". Że te dokumenty wyłowione z morza, to były wyrzucone specjalnie. Bitch, please.

Pamiętam jeden post z Tumblra, w którym były przytoczone słowa muzułmanki: "ISIS dla islamu to tak jak Klu-Klux-Klan dla chrześcijaństwa". Bardzo chciałabym w to wierzyć, choć czasem naprawdę ciężko. "Chcesz zabić i zniszczyć, zniewolić nienawiść", ty też? 


Pisząc o Klu-Klux-Klanie. Te zdjęcie zawsze i wszędzie będzie na mnie wywierało najmocniejsze emocje, z których najsilniejsza jest bezsilność. W rzeczywistości ta sytuacja nie miała miejsca - fotografia była pozowana, to część kampanii w magazynie "Large" - a może jednak, tylko nie została uchwycona przez aparat. 



  

Sytuacja z uchodźcami jest patowa. Znów, tak jak w przypadku Ukrainy, nie wiem, czy powiedzieć "tak" czy "nie". Z jednej strony: oni spieprzają przed wojną. Urodziłam się w kraju, gdzie jeden naród spalił inne narody i zrównał z ziemią kulturę, dobytek, przeszłość i w jakimś tam stopniu przyszłość. Pierwotny strach przed wojną, czymś najbardziej ohydnym na Ziemi, odziedziczyłam po przodkach, mam to w żyłach i w duszy: jak zatem mogę mówić, że nie chcę ich tutaj, w Europie? Że zamykam drzwi przed tymi, którzy stawiają wszystko na jedną kartę, bo chcą po prostu żyć? 
Z drugiej strony, wiem, że - w większości - ci ludzie się nie zasymilują. To nie chodzi o taki banał jak chusty, ktoś równie dobrze mógłby mi zakazać noszenia kapeluszy (tak, wiem, muzułmanki mają powody ideologiczne, ja bardziej prozaiczne. Po prostu lubię, Bóg nie ma nic do tego). Tu chodzi np. o gwałty. Mam wrażenie, że ci, co popierają przyjmowanie uchodźców, mówią tak, bo nikt z ich bliskich nie został skrzywdzony; nie wiedzą, co to znaczy. Najgorzej jest, jak ktoś powie, że, dajmy na to, "tylko" 10 kobiet zostało zgwałconych. Człowiek zredukowany do liczby, cyfry, proszę bardzo, dla pani koszmaru i życia z traumą numer 2, a dla pani numerek 9. 
Ta parszywa licytacja "kto, ile" przypomina mi kłótnie w necie na temat tego, kto w jakim stopniu był winny podczas różnych wojen. Kto ile kogo wytrzebił, kto ma więcej drzewek w Vad Vashem, gdzie była większa masakra. Gdzie lepiej pojechać w ramach tanatoturystyki. 

Z trzeciej strony, chciałabym, aby np. człowiek, który znajdzie lekarstwo na raka był najlepiej:
a) uratowanym z morza uchodźcą
b) gejem, lesbijką, transem lub wywodził się z innej mniejszości seksualnej
Ale chciałabym też, aby:
c) nie był religijnym ultrasem. 

Nie ma wyjścia, Europa przyjmie uchodźców, najpewniej kręcąc na siebie bicz. Niektóre rzeczy są nieuchronne, wojna i tak wisi w powietrzu, napięcie już ledwo wytrzymuje ciśnienie. A gdy skończy się nasz czas, kto wie - być może będzie tak, jak powiedział jeden z mieszkańców Bałkanów po upadku Jugosławii: "Jutro znów się spotkamy. Tyle, że każdy przejdzie przez swoje drzwi". 



Ten utwór kojarzy mi się też z cytatem z "Extensy" Dukaja: To zaczyna się niepostrzeżenie, przeważnie od porażenia banałem. Któregoś dnia - ile wtedy masz lat? nie więcej niż kilkanaście - zdajesz sobie sprawę, że nigdy już nie będziesz dzieckiem. Nie przeżyjesz po raz drugi ani godziny, ani minuty tego czasu. Już zatrzasnęły się zwrotnice, wszystko zaprzepaszczone, szanse wszystkie. (...) Takie i tylko takie dzieciństwo poniesiesz w sobie aż do śmierci. Przegrywasz z każdym dniem. (...) Wstaniesz, w końcu wstaniesz, wszyscy wstajemy. Za tobą, na ziemi, cień-pokurcz: zwłoki dziecka. W końcu dorastasz, i świat, rzeczywistość uderzają cię prosto w twarz, duszę i serce.

piątek, 11 marca 2016

"My, zwierzęta"

Ktokolwiek wymyślił i wykonał ten napis jest moim bohaterem. Słowa, prawie każda litera na osobnym postumencie tworzącym ogrodzenie cmentarza. Mniemam, że miejsce zostało wybrane przypadkowo (?) - chodziło bardziej o widoczność, dotarcie do ludzi, którzy przemierzają tę drogę tysiąc razy za dnia i sto nocą. Nie pamiętam nazwy ulicy, ale za to wiem, że często jest tam korek. Litery patrzą bez mrugnięcia na kierowców, pasażerów, ludzi czekających na tramwaj.


My, zwierzęta, nie jesteśmy rzeczami

Chciałabym aby ten napis nigdy nie wyblakł, nie został zamalowany. Aby trwał - i boję się, że wkrótce - przestanie być przypomnieniem a będzie tylko oskarżeniem. Gdy zostaną tylko wróble i szczury, a możliwość zobaczenia wiewiórki uzyska się tylko po kliknięciu w hasło w Wikipedii lub podczas wizyty w ZOO. Albo ogłupione, wystraszone, po niewidocznych dla publiczności torturach, w cyrku. 

Jesteś, człowieku, tylko częścią przyrody
Pamiętaj o prawach braterstwa i miłości

Oglądam gif z wydrą czy inną nutrią tulącą swoje małe i ryczę, bo wiem, że i mama i maleństwo mogą zginąć tylko po to, by ktoś ponosił ich futro przez jeden sezon. Nie, nie rozumiem, wciąż nie przechodzi mi to przez głowę, jak można zadawać ból i śmierć po to, aby zrobić z żywej istoty ciuch. Albo "do zdjęcia", co już w ogóle jest dla mnie okrucieństwem największym, najstraszniejszym. 
Mam wrażenie, że ludzie, którzy promują zabijanie zwierząt, mam wrażenie, że oni nie są do końca... jak by to ująć? "Normalni" to niewłaściwe słowo. Szczerze, to obawiałbym się tych ludzi, więcej! Wydaje mi się, że we wojennych realiach ci właśnie ludzie wręcz by się odnajdywali. Ze swoim bestialstwem, upodobaniem do zadawania bólu, potrzebą zadawania tego bólu. A świadkom i ofiarom pozostałaby tylko wściekłość i bezsilność totalna.
Nie jestem wzorem cnót: nie jestem wege (chciałabym, no ale... uznaję to za jedną z moich największych porażek życiowych), nie wiem, czy moje buty są ze skaju (chcę wierzyć, że tak) czy z prawdziwej skóry (patrząc na cenę, raczej te pierwsze). Jedna z autorek "Polityki" z marszu została wegetarianką po tym, jak zobaczyła drogę konia - łzy w jego oczach - od targu do rzeźni. Nie wytrzymałabym tego. 
Ktoś może powiedzieć: człowiek to gatunek od początku mięsożerny, musi zabijać dla pożywienia. Niby tak. Ale idąc tym tokiem myślenia, to człowiek to taki twór, który - jako że sam pozbawiony futra - musiał komuś to futro zabrać. Dziś już nie musi robić ani pierwszego ani drugiego. Musi za to gdzieś mieszkać: tu po ulicach wraz z kotami przemykają lisy. Czuję się winna i źle mi, jak widzę czmychającego rudzielca - ja, jedna z tych, którzy wydzierają im przestrzeń do życia.  

Nie wolno męczyć zwierząt, one są słabsze. 
Nie mają jak się obronić.

Tak, Mamuś. Nie mają szans z człowiekiem, jego techniką, głupotą i sadyzmem. Miłością do pieniędzy. Też: z ludzkimi chorobami. Gdzieś tam, chyba na Ukrainie, jest pomnik postawiony myszy laboratoryjnej. Nikła to pociecha, wiedząc, przez co one przechodzą. Żadna. 
Nikt nie czytał "Dzikich Serc" Tadeusza Kijańskiego, nikt nie pamięta. 

środa, 9 marca 2016

'California will you marry me?'

Ameryka - ta magiczna, z Greyhound'ami, drogą 66, specyficznymi wieczorami w podejrzanych motelach zanurzonych w mętnym świetle prawie wypalonych neonów - to dla mnie hybryda złożona z klimatu "Nocnego Kowboja" (książki), obrazu "Nocne jastrzębie" Hopper'a, ale i też n. z "Ride" Lany i "West Coast" The Neighbourhood. Z domieszką "The Ghost Who Walks" Karen Elson. Widzę: lincolna kabriolet (motoryzacyjna tha luv - koniecznie czarny z czerwoną tapicerką :D), ja siedzę na oparciu siedzenia, mam na sobie coś tiulowego lub jedwabnego, ciepły, trochę zakurzony, wiatr przeczesuje mi włosy a rozrzedzone w upale słońce pełga tak wolno, jakby nigdy nie miało zajść. On jest blisko (blisko; On prowadzi). Zamykam oczy i wiem, że będziemy tak jechać i jechać i nigdzie nie dojedziemy, bo pełzający po wszystkim blask fantastyczny, schodzący z Ziemi dzień, zatopi nas w tym momencie jak w bursztynie. 

Schodząc na ziemię: nie, nie chciałabym żyć w Ameryce. Jakoś mnie tam nie ciągnie. Słyszałam od osoby, która spędziła niemal rok w Stanach, że oni są bardziej wyluzowani, nie przejmują się tak różnymi sprawami, no i podobno ciągle chodzą uśmiechnięci (zdecydowanie kraj nie dla mnie; nie urodziłam się z uśmiechem na twarzy). Podział rasowy jest wciąż silny (o tym wiem też z Tumblra), najbardziej niewdzięczne prace wykonują zazwyczaj czarni. Możesz wyjść na ulicę i zostać postrzelony. Mało kto gotuje, gdyż i tak nieomal każdy posiłek można kupić już przyrządzony - nic, tylko nastawić mikrofalę.

Ameryka to dla mnie też trochę kraj hipokryzji. W kraju, w którym wymyślono "Playboya", skandalem jest, gdy np. podczas koncertu zsunie się piosenkarce sukienka i publiczności ukaże się jej pierś. Nie będzie to dokładny cytat, ale w "Idach marcowych" asystent głównego bohatera (który był kandydatem na prezydenta i miał romans z pracownicą) powiedział coś takiego: "W Ameryce możesz kłamać, wypowiedzieć wojnę, doprowadzić kraj do bankructwa, ale nigdy przenigdy nie wolno ci pieprzyć się ze stażystką".

Stany to miejsce, gdzie pewne sprawy, które na Kontynencie uznawane są za w miarę normalne, tam roztrząsane są do rozmiarów tragedii - patrz larum jakie się podniosło, gdy Nicole Kidman oszpeciła się (?) do roli. Wielkie halo było nie o sam film - "Godziny" - ale o fakt, że artystka miała doczepiony nos. Niebywałe, rzeczywiście! Jest AKTORKĄ, więc to rozumie się samo przez się, że musi przechodzić fizyczne metamorfozy. C h a r a k t e r y z a c j a, tak to się nazywa. Przecież nie wymagano od niej, żeby obcięła sobie rękę -_- No ale tutaj kłania się kult piękna, który w Ameryce jest wciąż silniejszy niż u nas.

Wracając do czarnoksięstwa umysłu - przecież mam tylko wyobrażenie o niej, nie doświadczyłam jej - Ameryka, wysnuta z głośnika:


'If the sun was God, I'd be covered with faith
If the ocean was the devil, I'd covered with hate'

Jestem tym zaczarowana.

'It's so goddamn shame'... ;)

wtorek, 8 marca 2016

Wicher wieje, wicher silne drzewa głaszcze, hej

Kończy się pewna epoka: Leo dostał Oscara, należy się jakoś ustosunkować do tego faktu.
W sumie nie napiszę nic, czego świat nie wie – na pierwszym miejscu z tym, że statuetkę powinien dostać już za rolę Andy’ego w „Co gryzie Gilberta Grape’a?”. Tak twierdziłam, twierdzę i będę twierdzić do usranej śmierci.

Tumblr szaleje z radości, jednocześnie opłakując dzień, w którym umarły memy z Leo. Coś mi się jednak zdaje, że w ich miejsce pojawią się te, na których Leo rzekomo pokazuje za pomocą środkowego palca gdzie ma Akademię i jej werdykt/opieszałość/whatever.

Właściwie, rzecz miała być o samym filmie. Od razu uprzedzam, że tekst niniejszy w żadnym stopniu nie jest rzetelną recenzją, gdyż 1) filmoznawcą (niestety) nie jestem, 2) nie chce mi się streszczać fabuły.
Tak zatem… tylko dla tych, co film widzieli – oto, co mi się w nim podobało:
- po każdej próbie „uśmiercenia” Glassa, kamera pokazywała konary kołyszące się na wietrze lub też samego bohatera spoglądającego na drzewa – jak np. w scenie, gdy Glass, po upadku w wąwóz i spędzeniu nocy w ciele martwego zwierzęcia, wyrusza w dalszą wędrówkę. Drzewo jest złamane, lecz gałęzie pozostały nienaruszone. Wicher wieje, wicher silne drzewa głaszcze hej. Innymi słowy – ładna ilustracja słów ukochanej Glassa, stanowiących oś filmu (według mnie, na pierwszym miejscu to jest rdzeniem obrazu – walka z samym sobą, wola życia – nie zemsta. Owszem, ona jest motorem działań bohatera, lecz… jak rzekła indiańska starszyzna, Zemsta jest w rękach Pana).  
- podczas snu, gdy Leo wkracza do ruin kościoła, spotyka tam swojego zamordowanego syna. Glass i Hawk żegnają się po raz ostatni w uścisku; gdy Leo otwiera oczy, widzimy, ze zamiast syna, przytula drzewo. Może był to efekt niezamierzony, ale dla mnie było to nawiązanie do dwóch światów, w których żył Glass – świat Zachodu, z którego się wywodził (chrześcijańska budowla) oraz pogański świat Indian (drzewo symbolizujące bóstwa przyrody).
- landscape porn. Nie trzeba nic dodawać.
- aktorstwo – jak wyżej.
- A może jednak coś o zdjęciach: jedna z pierwszych scen, napad Indian na obóz handlarzy futer. Nawet jeśli filmu nie ogląda się w 3D… to czuje się te śmigające strzały na policzku.
- scena z wilkami polującymi na stado bizonów i Glassem przyglądającym się temu z boku – niesamowite wrażenie. Tak, jakby dane mu było widzieć jakieś misterium, coś już niespotykanego, coś sprzed czasów człowieka.

Co mi się nie podobało?
- Jako realista, nie mogłam znieść „nieśmiertelności” Glassa (choć podobno książkowy pierwowzór właśnie taki był: nie do zdarcia). Leo, choć to Leo ;), to wiadomo, że w real life nie wygrałby z niedźwiedziem. A nawet jeśli jakimś cudem, to zamarzłby w tamtych warunkach. Gangrena zżarłaby go od środka. Umarłby z głodu. Skręciłby sobie kark spadając w przepaść. Tak zatem w głowie nieustannie przeplatało mi się „Luzuj poślady, film to film” wraz z „Och Leo, dobra, umrzyj już”.

Końcówka będzie typowo babska – wiadomo, człowiek to nie tylko górne, białe partie ciała, ale i dolne, różowe – Tom Hardy. Rzecz dziwna, ponieważ on naprawdę nie wywołuje u mnie jakiś dreszczy niespokojnych, mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że (moim zdaniem)ma raptem dwa dobre zdjęcia, na których T.H. to 50% a drugie 50% Photoshop. A mimo to… gdy tylko pojawił się na ekranie, od razu aktywował się we mnie ten kocur Heavy Breathing. I choć realizatorzy naprawdę dołożyli wszelkich starań by go fizycznie zohydzić – jest w połowie wylniały! – to…mimo to… Wracając z kina, zaspokojona, kulturowo, duchowo i estetycznie, wiedziałam: oczy. U niego cały magnetyzm, jak dla mnie, skupia się w oczach.