Kończy się pewna epoka: Leo dostał Oscara, należy się
jakoś ustosunkować do tego faktu.
W sumie nie napiszę nic, czego świat nie wie – na
pierwszym miejscu z tym, że statuetkę powinien dostać już za rolę Andy’ego w
„Co gryzie Gilberta Grape’a?”. Tak twierdziłam, twierdzę i będę twierdzić do
usranej śmierci.
Tumblr szaleje z radości, jednocześnie opłakując dzień, w
którym umarły memy z Leo. Coś mi się jednak zdaje, że w ich miejsce pojawią się
te, na których Leo rzekomo pokazuje za pomocą środkowego palca gdzie ma
Akademię i jej werdykt/opieszałość/whatever.
Właściwie, rzecz miała być o samym filmie. Od razu
uprzedzam, że tekst niniejszy w żadnym stopniu nie jest rzetelną recenzją, gdyż
1) filmoznawcą (niestety) nie jestem, 2) nie chce mi się streszczać fabuły.
Tak zatem… tylko dla tych, co film widzieli –
oto, co mi się w nim podobało:
- po każdej próbie „uśmiercenia” Glassa, kamera
pokazywała konary kołyszące się na wietrze lub też samego bohatera
spoglądającego na drzewa – jak np. w scenie, gdy Glass, po upadku w wąwóz i
spędzeniu nocy w ciele martwego zwierzęcia, wyrusza w dalszą wędrówkę. Drzewo
jest złamane, lecz gałęzie pozostały nienaruszone. Wicher wieje, wicher silne drzewa głaszcze hej. Innymi słowy –
ładna ilustracja słów ukochanej Glassa, stanowiących oś filmu (według mnie, na
pierwszym miejscu to jest rdzeniem obrazu – walka z samym sobą, wola życia –
nie zemsta. Owszem, ona jest motorem działań bohatera, lecz… jak rzekła indiańska
starszyzna, Zemsta jest w rękach Pana).
- podczas snu, gdy Leo wkracza do ruin kościoła, spotyka
tam swojego zamordowanego syna. Glass i Hawk żegnają się po raz ostatni w
uścisku; gdy Leo otwiera oczy, widzimy, ze zamiast syna, przytula drzewo. Może
był to efekt niezamierzony, ale dla mnie było to nawiązanie do dwóch światów, w
których żył Glass – świat Zachodu, z którego się wywodził (chrześcijańska
budowla) oraz pogański świat Indian (drzewo symbolizujące bóstwa przyrody).
- landscape porn.
Nie trzeba nic dodawać.
- aktorstwo – jak wyżej.
- A może jednak coś o zdjęciach: jedna z pierwszych scen,
napad Indian na obóz handlarzy futer. Nawet jeśli filmu nie ogląda się w 3D… to
czuje się te śmigające strzały na policzku.
- scena z wilkami polującymi na stado bizonów i Glassem przyglądającym
się temu z boku – niesamowite wrażenie. Tak, jakby dane mu było widzieć jakieś
misterium, coś już niespotykanego, coś sprzed czasów człowieka.
Co mi się nie podobało?
- Jako realista, nie mogłam znieść „nieśmiertelności”
Glassa (choć podobno książkowy pierwowzór właśnie taki był: nie do zdarcia).
Leo, choć to Leo ;), to wiadomo, że w real
life nie wygrałby z niedźwiedziem. A nawet jeśli jakimś cudem, to zamarzłby
w tamtych warunkach. Gangrena zżarłaby go od środka. Umarłby z głodu. Skręciłby
sobie kark spadając w przepaść. Tak zatem w głowie nieustannie przeplatało mi
się „Luzuj poślady, film to film” wraz z „Och Leo, dobra, umrzyj już”.
Końcówka będzie typowo babska – wiadomo, człowiek to nie
tylko górne, białe partie ciała, ale i dolne, różowe – Tom Hardy. Rzecz dziwna,
ponieważ on naprawdę nie wywołuje u mnie jakiś dreszczy niespokojnych, mogę z
czystym sumieniem powiedzieć, że (moim zdaniem)ma raptem dwa dobre zdjęcia, na
których T.H. to 50% a drugie 50% Photoshop. A mimo to… gdy tylko pojawił się na
ekranie, od razu aktywował się we mnie ten kocur Heavy Breathing. I choć realizatorzy naprawdę dołożyli wszelkich
starań by go fizycznie zohydzić – jest w połowie wylniały! – to…mimo to…
Wracając z kina, zaspokojona, kulturowo, duchowo i estetycznie, wiedziałam:
oczy. U niego cały magnetyzm, jak dla mnie, skupia się w oczach.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz