Jeden z pisarzy - nazwisko jest gdzieś w którejś książce, jak wpadnie mi ona mimochodem ponownie w ręce ("mimochodem", bo nie czytam jednej książki dwa razy... jakoś nie mam tego w zwyczaju), to zrobię update - powiedział, że jeśli chcesz zrobić z kobiety pisarkę, należy złamać jej serce. Stwierdzenie krzywdzące, bo wynika z niego, że kobiety nie potrafią stworzyć niczego o walorach artystycznych, co nie ocierałoby się o miłość.
Z drugiej strony, wiadomo, kobiety są bardziej emocjonalne, więc może jest im łatwiej mielić jeden temat na tysiąc sposobów; tu z kolei byłby zarzut, że męscy twórcy nie potrafią stworzyć niczego o miłości, co miałoby jakieś walory artystyczne.
Zarówno oskarżenie jak i zarzut nijak mają się do świata kultury, w którym np. takie kryminały wychodzą zarówno spod żeńskich jak i męskich rąk, lecz...
Dobra, ostrzegam - post jest z sortu tych czepialskich. Na szczęście, jest krótki.
Nowy teledysk Adele do utworu "Send My Love (to Your New Lover)". Wpierw zachwyty, zatem - to będzie nadinterpretacja, ale ponieważ jestem w niej mistrzem, tak więc muszę: kolorystycznie cały klip przypomina mi obraz Sandro Botticellego "Primavera" (to chyba przez fryzurę i materiał sukienki, która, swoją drogą jest moim Shut up and take my (imaginary) money!). Tekst współgra z tym wszystkim oraz zachowanie Adele. Tańczy, w jej duszy jest już wiosna - oczywiście, cały czas ma w pamięci tego gościa, ale przeszła już żałobę po rozstaniu; jest pogodzona z status quo, musi żyć dalej. Swoją drogą, facet naprawdę nieźle musiał jej zajść za skórę (choć tak naprawdę znamy relację tylko z jednej strony). I was running, you're walking. A może było klasycznie: jej kariera się rozkręcała, on miał zawodowy kompleks, on marzył o zwyczajnym życiu. Cóż, jak było, wiedzą tylko oni.
To teraz zwoje zaczynają grymasić. Lubię Adele na sposób umiarkowany, czyli: w radio jest grana jej piosenka, słucham, podoba mi się, ale nie na tyle żeby przesłuchiwać całej płyty (A powinnaś, by nie rzucać oskarżeń tylko na podstawie najbardziej znanych songów, coś mi tu fuka i prycha pod myślą i zdaniem). Słuchając któregoś już z rzędu utwór, w którym albo wspomina albo przypieka na roaście tego swego exa (jak widać, będącego niewyczerpanym źródłem inspiracji) zastanawiam się, jak potoczyłaby się jej kariera, gdyby właśnie nie TE rozstanie... Nie odmawiam jej talentu do pisania o czymś innym, ale...
Co by było, gdyby nadal byli razem? Oni, albo taki Sam Smith ze swoim facetem, który kopnął go w 4 litery, z czego powstał album, który wyniósł Sama na stratosferę popularności. Co wiąże się, akurat w tych dwóch przypadkach, z uznaniem krytyków i dużymi pieniędzmi.
O ile mi wiadomo, to Smith podziękował facetowi, który złamał mu serce, gdy obierał którąś już z kolei nagrodę za "In The Lonley Hour" (Nie którąś już z kolei, tylko Grammy! Gasszzzzz...). Milusio; nie, no bądź co bądź, zachował się w porządku ;)
A ten post na Interii, że Sam Smith to gość, który został stworzony do wykonywania takiej muzyki, to co, już nie pamiętasz?, Mungo Jerry, będąc ponownie sobą, czyli MJ, znów w formie, lecz nic to, bo Mefistofeliks pamięta.
Pamiętam, nie odwołuję się, podtrzymuję opinię. Zresztą, jasna sprawa - jeśli jakiś artysta czuje się dobrze w danej stylistyce, tematyce, nic gawiedzi do tego (bo niektórzy tru fani wręcz oczekują czegoś, co pokochali, do czego się przyzwyczaili. Ale są też i tacy, którzy muzyczne eksperymenty idola przyjmują z ciekawością i uznaniem dla jego wszechstronności). Nie podoba Ci się, nikt nie zmusza Cię do zostania ze mną, bo jeśli zacznę tworzyć pod publikę, nie będę autentyczny/a.
Doooobra! Przyznaję i wiem, że Sam Smith nie śpiewa w kółko o swoim ex; śpiewa o nim w większości. Masz tę różnicę, MJ.
Tak zatem - wiele hałasu o nic. Ale mimo to (nie jestem tru fanem) chciałabym posłuchać piosenki Adele, takiej flagowej, podanej do słyszalności publicznej, o czymś innym niż o jej byłym.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz