Dzięki
uprzejmości kogoś odpowiedzialnego za marketing (?) kina w Sutton co jakiś
wtorek ukulturalniam się filmowo – w ten dzień tygodnia bilet kosztuje pięć
funtów (normalnie osiem z kawałkiem). A jako że do kina chodzić lubię i
potrafię docenić wartość zniżki, to nie wybrzydzam zbytnio przy doborze
repertuaru (żeby już się tak totalnie nie pogrążać własnym mało wyrafinowanym
gustem napiszę, że tanim wtorkom zawdzięczam zobaczenie Zwierząt nocy, Moonlight, Arrival, VVitch i mam nadzieję, że Elle też będzie included w ofertę).
Real jak
cholera, bo a to buty do biegania wyeksploatują się doszczętnie, a to opona lub
dętka głównego środka lokomocji natrafi na gwóźdź na drodze i jeszcze trzeba
listy, uszy królicze i kartki powysyłać.
Do kina
chodzić lubię, nawet jeżeli jest ono nieco obskurnie, grim, tak jak te w Sutton. To nie jest multipleks, ale i też nie
kino studyjne (daleko mu do przyjemnej, intymnej atmosfery nieistniejącego już
pokoju z krzesłem-kina na Podmurnej); nie przeszkadza mi ograna muzyka i nawet
reklamy lubię, i zapowiedzi filmów (oczywiście idę na Króla Artura oraz Zaginione
Miasto Z, i, nie, wcale nie dlatego, że w obydwu filmach gra Hunnam; masz moją dychę, Vue).
Ostatnim
wtorkowym seansem był Kong: Wyspa Czaszki
(uprzedzałam, nie jestem wymagająca gdy w grę wchodzi kinowe doświadczenie za
funtów pięć). Zgasł ekran, zapalili światła, facet wstający w rzędzie przede
mną wysączył: ‘Stupid!’
Na
Teutatesa, litości!!! Chłopie, poszedłeś (mniemam, że świadomie, siłą nikt Cię
nie zawlókł) na film o zmutowanej małpie, czego Ty się spodziewałeś? Że ten
film zmieni Twoje życie? Wleje w Twoją egzystencję nowe idee, sprawiając, że
nic nie będzie już takie samo?
‘No shit,
man’, jakby to ujął charakter grany przez Samuela L. Jacksona (główny bad guy opowieści). Tom Hiddelston hasa
w obcisłej koszulce i z giwerą w rękach, Brie Larsson z aparatem oraz w,
zawsze, ale to ZAWSZE, nawet gdy zostaje wypluta z gardzieli przerośniętej
jaszczurki, nieskazitelnie białym podkoszulku (chyba na wyspie i materiały
podlegają jakiejś mutacji, gdyż bawełna wydaje się być stalowa, dżunglo- i
dziuroodporna). Na wiecznie czyste włosy, zęby i twarze opuszczam zasłonę
milczenia.
Wiem! Przed
chwilą gdakałam na gościa, że narzekał na głupotę filmidła, a teraz sama jakby
nie zdaję sobie sprawy, że takie kino rządzi się swoimi, również estetycznymi,
prawami; to stylistyka teledysku, to ma się sprzedać, a żeby generowało kasę,
Brie musi być zmęczona w ładny sposób, natomiast Tom zazwyczaj przyjmuje
kontraposty godne Dawida Michała
Anioła. No czepiam się, wiem, ale wprost nie mogę „przeboleć” tych pancernych
ubrań wypranych w Perwolu.
Peter Jackson też nakręcił film o wielkiej małpie. W King Kongu główna rola
drugoplanowa przypadła Adrienowi Brody'emu.
Tak więc, gdybym kiedykolwiek musiała stanąć
[w tle: gif śmiejącego się Gandalfa, o, ten właśnie:]
przed tym, jakże ciężkim, acz przyjemnym wyborem: Hiddleston czy Brody -
biorę Adriena.
Żeby nie
było już tak całkowicie prześmiewczo: ponieważ ogólne przesłanie filmu (tak,
było takowe) jest zgodne z moimi własnymi przekonaniami to teraz słowo o nim –
ludzie to zło tej planety. Jesteśmy jedynym gatunkiem, który niszczy własne
środowisko, dom oraz jego współmieszkańców. Niby latamy w kosmos i potrafimy
rozmawiać z przeciwległych krańców Ziemi a nie umiemy (nie chcemy?) dostrzec
tego, co dzieje się, co robimy, pod naszymi nosami. Truzim, ale inaczej nie
można tego niż w łopatologiczny sposób, wyłożyć.
Pamiętam jak
King Kong, ten w reżyserii Petera
Jacksona, był emitowany w telewizji; podczas sceny, w której spętanego goryla
wystawiono na widok publiczny, wyszłam do kuchni zrobić herbatę, na którą nawet
nie miałam ochoty.
Sama nie
jestem bez grzechu: fakt, że po prostu lubię – napiszę bez ogródek – wpierdalać
i nie potrafię zrezygnować z mięsa (lichy argument, że od początku byliśmy
gatunkiem mięsożernym niezbyt mnie rozgrzesza) oraz nie dokonuję selekcji przy
wyborze słodyczy, pełnych oleju palmowego, uznaję za jedną z największych
porażek życiowych. Robię też inne rzeczy, te znajdujące się na drugim biegunie,
ale nie będę sobie wystawiać żałosnej laurki.
A i tak nic
się nie zmieni (w świetle powyższego: „chcesz zmieniać świat, zacznij od
siebie”…). Znajdujemy się na równi pochyłej i niestety garstka tych wspaniałych
wojowników, nieomal Don Kiszotów, z różnych instytucji ekologicznych nie wygra
z młynami pełnymi pieniędzmi. Zresztą… zniszczenie postąpiło już za daleko.
Niestety, nic nie poradzę na to, że jestem pesymistą, jak możesz być optymistą,
jeśli urodziłeś się w tak parszywym miesiącu jak styczeń, więc jak mogę widzieć
światło a nie cień; a może jestem tylko realistą. Może, może, może…


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz