Półka z fiolkami, czyli co tu można znaleźć

Czarodzielnica - miscellanea; teksty na różne tematy.
Kooocham Kinooo - post zawiera w sobie coś filmowego.
Musica Eternal - coś muzycznego, coś co zazwyczaj płynie mi w żyłach.
Księga Cieni - cytaty, książki.
Shut up and take my (imaginary) money - ciuchy. Ładne przedmioty. To, co mogłabym mieć.
Feduaura - osobiste.

W przygotowaniu: pod Wezuwiuszem (wnętrza, w których mogłabym mieszkać. Pod wulkanem mieszkała Magika de Czar), ...and to Her we shall return (natura; chciałam, aby na tym blogu wszystko było po polsku - niestety, nasz język średnio nadaje się na tagi)

czwartek, 13 kwietnia 2017

Cinema ecologico

Dzięki uprzejmości kogoś odpowiedzialnego za marketing (?) kina w Sutton co jakiś wtorek ukulturalniam się filmowo – w ten dzień tygodnia bilet kosztuje pięć funtów (normalnie osiem z kawałkiem). A jako że do kina chodzić lubię i potrafię docenić wartość zniżki, to nie wybrzydzam zbytnio przy doborze repertuaru (żeby już się tak totalnie nie pogrążać własnym mało wyrafinowanym gustem napiszę, że tanim wtorkom zawdzięczam zobaczenie Zwierząt nocy, Moonlight, Arrival, VVitch i mam nadzieję, że Elle też będzie included w ofertę).

Real jak cholera, bo a to buty do biegania wyeksploatują się doszczętnie, a to opona lub dętka głównego środka lokomocji natrafi na gwóźdź na drodze i jeszcze trzeba listy, uszy królicze i kartki powysyłać.

Do kina chodzić lubię, nawet jeżeli jest ono nieco obskurnie, grim, tak jak te w Sutton. To nie jest multipleks, ale i też nie kino studyjne (daleko mu do przyjemnej, intymnej atmosfery nieistniejącego już pokoju z krzesłem-kina na Podmurnej); nie przeszkadza mi ograna muzyka i nawet reklamy lubię, i zapowiedzi filmów (oczywiście idę na Króla Artura oraz Zaginione Miasto Z, i, nie, wcale nie dlatego, że w obydwu filmach gra Hunnam; masz moją dychę, Vue).

Ostatnim wtorkowym seansem był Kong: Wyspa Czaszki (uprzedzałam, nie jestem wymagająca gdy w grę wchodzi kinowe doświadczenie za funtów pięć). Zgasł ekran, zapalili światła, facet wstający w rzędzie przede mną wysączył: ‘Stupid!’
Na Teutatesa, litości!!! Chłopie, poszedłeś (mniemam, że świadomie, siłą nikt Cię nie zawlókł) na film o zmutowanej małpie, czego Ty się spodziewałeś? Że ten film zmieni Twoje życie? Wleje w Twoją egzystencję nowe idee, sprawiając, że nic nie będzie już takie samo?

‘No shit, man’, jakby to ujął charakter grany przez Samuela L. Jacksona (główny bad guy opowieści). Tom Hiddelston hasa w obcisłej koszulce i z giwerą w rękach, Brie Larsson z aparatem oraz w, zawsze, ale to ZAWSZE, nawet gdy zostaje wypluta z gardzieli przerośniętej jaszczurki, nieskazitelnie białym podkoszulku (chyba na wyspie i materiały podlegają jakiejś mutacji, gdyż bawełna wydaje się być stalowa, dżunglo- i dziuroodporna). Na wiecznie czyste włosy, zęby i twarze opuszczam zasłonę milczenia.

Wiem! Przed chwilą gdakałam na gościa, że narzekał na głupotę filmidła, a teraz sama jakby nie zdaję sobie sprawy, że takie kino rządzi się swoimi, również estetycznymi, prawami; to stylistyka teledysku, to ma się sprzedać, a żeby generowało kasę, Brie musi być zmęczona w ładny sposób, natomiast Tom zazwyczaj przyjmuje kontraposty godne Dawida Michała Anioła. No czepiam się, wiem, ale wprost nie mogę „przeboleć” tych pancernych ubrań wypranych w Perwolu.


Peter Jackson też nakręcił film o wielkiej małpie. W King Kongu główna rola 
drugoplanowa przypadła Adrienowi Brody'emu. 
Tak więc, gdybym kiedykolwiek musiała stanąć 
[w tle: gif śmiejącego się Gandalfa, o, ten właśnie:]
przed tym, jakże ciężkim, acz przyjemnym wyborem: Hiddleston czy Brody - 
biorę Adriena. 


Żeby nie było już tak całkowicie prześmiewczo: ponieważ ogólne przesłanie filmu (tak, było takowe) jest zgodne z moimi własnymi przekonaniami to teraz słowo o nim – ludzie to zło tej planety. Jesteśmy jedynym gatunkiem, który niszczy własne środowisko, dom oraz jego współmieszkańców. Niby latamy w kosmos i potrafimy rozmawiać z przeciwległych krańców Ziemi a nie umiemy (nie chcemy?) dostrzec tego, co dzieje się, co robimy, pod naszymi nosami. Truzim, ale inaczej nie można tego niż w łopatologiczny sposób, wyłożyć.

Pamiętam jak King Kong, ten w reżyserii Petera Jacksona, był emitowany w telewizji; podczas sceny, w której spętanego goryla wystawiono na widok publiczny, wyszłam do kuchni zrobić herbatę, na którą nawet nie miałam ochoty.   

Sama nie jestem bez grzechu: fakt, że po prostu lubię – napiszę bez ogródek – wpierdalać i nie potrafię zrezygnować z mięsa (lichy argument, że od początku byliśmy gatunkiem mięsożernym niezbyt mnie rozgrzesza) oraz nie dokonuję selekcji przy wyborze słodyczy, pełnych oleju palmowego, uznaję za jedną z największych porażek życiowych. Robię też inne rzeczy, te znajdujące się na drugim biegunie, ale nie będę sobie wystawiać żałosnej laurki.

A i tak nic się nie zmieni (w świetle powyższego: „chcesz zmieniać świat, zacznij od siebie”…). Znajdujemy się na równi pochyłej i niestety garstka tych wspaniałych wojowników, nieomal Don Kiszotów, z różnych instytucji ekologicznych nie wygra z młynami pełnymi pieniędzmi. Zresztą… zniszczenie postąpiło już za daleko. Niestety, nic nie poradzę na to, że jestem pesymistą, jak możesz być optymistą, jeśli urodziłeś się w tak parszywym miesiącu jak styczeń, więc jak mogę widzieć światło a nie cień; a może jestem tylko realistą. Może, może, może…

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz