I am
stretched on your grave
And
will lie there forever
With
your hands held in mine
I’d
be sure we’d not sever
My
apple tree my brightness
‘Tis
time we were together
For
I smell of the earth
And
am stained by the weather
When
my family thinks
That
I’m safe in my bed
From
night until morning
I am
stretched at your head
Calling
out to the air
With
tears both hot and wild
Oh I
grieve for the girl
That
I loved as a child
The
priests and the frairs
Behold
me in dread
Because
I still love you
My
love and you’re dead
I
would still be your shelter
From
rain and from storm
And
with you in your cold grave
I cannot sleep warm
XVII wiek, anonimowy autor, potem wiek XX., Sinead O'Connor i Dead Can Dance. Temat stary jak świat, miłość i śmierć: niepogodzenie się z tą ostatnią i niemożność odejścia od tej drugiej. Choć pewnie śmierć powinna być napisana przed miłością.
Będąc już tylko "ja", miast "my", n i e u m i e j ę t n o ś ć życia w tym pierwszym.
When my time comes around
Lay me gently in a cold dark earth
No grave can hold my body down
I'll crawl home to her
XXI wiek, Hozier udaje, że śmierci nie ma. Można ją oszukać, choć na chwilę, jeśli tylko kocha się i jest się kochanym. In the low lamp light I was free/Heaven and hell were words to me. Francuzi ją deprecjonują, a jednocześnie włączają w ów moment afirmacji życia, mając określenie: la petite mort. The Neighbourhood opowiadają o tym tak: Touch me there/I want you to touch me there/Make me feel like I'm breathing/Feel like I'm human again. Osobiście uważam, że to jedna z najładniejszych definicji seksu; It's only one way to soothe my soul, dopowiada Gahan.
Tyle z przyjemności.
* * *
Chłopca z pierwszego tekstu nikt już nie przywróci "do życia" - tak, to nie on leży w grobowcu, ale jednak jest umarły. I takim już pozostanie w pewnym sensie, czas nie leczy wszystkich ran. W tym jednym, jedynym aspekcie, zawsze już będzie nieco odtwarzał życie, egzystował a nie żył. Nagle „my” ponownie staje się „ja”; komplet rozpada się na
dwie części, jedną wciąż widoczną, drugą – już prawie nie. Piszę „prawie”
ponieważ namacalne zostają: rzeczy osobiste zmarłego i wspomnienia o
nim (choć wątpię, czy w stosunku do nich można użyć słowa "namacalne". Nie, nie można, nie dotknie się, nie usłyszy myśli, tylko się je zobaczy, wytworzone i zmienione przez pamięć i rozpacz). Często rodzice pozostawiają pokoje zmarłych dzieci w stanie takim, w jakim były
w czasie, gdy ich używano ostatni raz; krótko po śmierci kogoś bliskiego,
znajomi wciąż wykręcają jego numer, w odpowiedzi słysząc tylko głos, nagrany na
pocztę głosową, który został mechanicznie wywołany z zaświatów.
Pozostawia się pozory obecności tej osoby, robiąc z nich pancerz ochronny przed rzeczywistością. Stanem faktycznym, zimnym kamieniem zamiast ciała, szumem drzew zamiast głosu. Kwiatami w wazonie, oprócz walorów estetycznych, biorąc pod uwagę teraz też to, ile dni postoją. Nie myśli się o tym, dając bukiet np. na urodziny lub Dzień Matki; on ma być po prostu piękny, by takim też uczynić ten dzień. Moment. Ma być przede wszystkim piękny, by się podobać, nie musi być praktyczny; jeszcze nie.
Jak nazywa się pierwsza faza żałoby? Niepogodzenie? Zaprzeczenie? Niemożność uwierzenia, że to już? Tak szybko? Przed trzydziestką? Posiadanie dzieci, rodziny, 40 na karku nic nie daje. Gdy umierała babcia - nie "odchodziła", "gasła", prawdziwa śmierć nie ma w sobie nic poetyckiego, filmowego - ojciec płakał w ciszy, zresztą, wszyscy płakaliśmy. Po raz drugi usłyszałam Jego płacz w telefonie, gdy kwietniowe niebo było jeszcze szare po odchodzącej nocy. I, mimo że już wtedy, gdy spojrzałam kto dzwoni, w i e d z i a ł a m, do ostatnich milisekund nie chciałam wierzyć. Coś zostało zaburzone, więc to n o r m a l n e, że zadaje się pytanie, co się stało, czemu dzwonisz o godzinie 6 rano; przecież nikt, gdy wszystko jest po staremu, gdy wszystko gra, nie dzwoni o takiej godzinie.
Kiedyś na bibliotecznej wyprzedaży wykopałam stary numer listopadowego "Zwierciadła". Temat przewodni wiadomo jaki. Wiem, że umierasz. Pozwalam Ci odejść. Widzę, że nie żyjesz, lecz cierpisz w agonii, nie wiem, czy masz świadomość tego wszystkiego; z całych sił błagam i mam nadzieję, że nie. Czy to tylko Twoje ciało reaguje czysto biologicznie na bodźce. Wiem, że nijak nie mogę Ci pomóc i to jest najgorsze.
Wiem, że umierasz. Tyle razy można sobie wyobrażać ten moment, chcąc się jakoś przygotować. Nie, nie da się; świat roztrzaskuje się na kawałki, czas rozdziela na dwa etapy, nawet gdy wszystkie znaki na Ziemi i na niebie mówią: przecież w i e s z, jak to się skończy.
* * *
Czas powraca do chwili, gdy bogowie i boginie jeszcze "nie zeszli do podziemi".
Niczym mgiełka wydostanę się na zewnątrz. Jako dym przepłynę na cmentarz, będę jak płomień. Ogień, a ogień to ciepło, życie. I choć ona widzi, że on już się rozkłada, że śmierć zabrała jego urodę, to wciąż dla niej jego usta są słodkie jak miód.
Ciało, wstrętne ciało, czemu nie dajesz mi spokoju.
Ekstremalny obraz zaklinania rzeczywistości został pokazany w filmie "Od grobu do grobu". Bohaterka wybiera zagrzebanie żywcem u boku zmarłego
ukochanego. Jedna z przedostatnich scen
ukazuje Idę stojącą w blasku zachodzącego słońca (symbolika aż nadto wymowna). Kamera
zatacza koło: od sylwetki dziewczyny, poprzez ziemię, drzewa, niebo, powraca do
twarzy z zamkniętymi oczami (trzeba dodać: twarzy, na której błąka się
uśmiech). Wszystko jest jasne: wszystkie sprawy ze światem zostały załatwione.
Jej decyzja jest ostateczna, lecz przede wszystkim – pomimo swej grozy –
świadoma. Ktoś, kto widział film może powiedzieć, że Ida była osobą opóźnioną w rozwoju, a nawet jeśli nie, to na pewno nieco stukniętą. Może tak. Że on na pewno by nie chciał, by zakradała się do tego samochodu-trumny. Pewnie tak. I na pewno, pod trzema metrami piachu, już na 100% odchodząca od zmysłów z braku powietrza, robaków, pragnienia, głodu, smrodu rozkładającego się ciała obok, w końcu - zdania sobie sprawy ze swej decyzji chciałaby rozszarpać blachę, instynkt zrobiłby swoje. Pewnie chciałaby krzyczeć o pomoc, lecz nie mogła, gdyż Ida była niemową, teraz podwójnie.
* * *
O czym mówią umarli? Jak mówić, przekazywać coś nawet mimiką, gdy "usta ścięte, oczy zwarte"? Jak przeżywać, skoro ciała nie napędza już krew, mózgu myśl a ducha emocje?
"Z biologicznego punktu widzenia życie jest nieśmiertelne, nigdy nie ginie, gdyż charakterystyką życia jest zdolność prokreacji, przenoszenia własnego planu genetycznego."
Cytat A. Kępińskiego z podręcznika do biologii. Interpretując niebiologicznie: wszystko, co przeżyją dzieci, noszące w sobie rodziców, wszystkie te kolory, które ujrzą, usłyszaną muzykę, zjedzone jedzenie, dotknięte drugie ciało, to wszystko zapewnia wspomnienia, a może nawet
r e a l n e dotknięcie życia tym w zaświatach? A uczucia, czy uczucia poprzez nas też mogą odbierać na swoich bezcielesnych postaciach? Co natomiast, jakie zabezpieczenie na komunikację ze światem doczesnym mają rodzice, którzy musieli pochować swoje dzieci? Gdy naturalny porządek zostaje przerwany. Uważam, że to jedno z tych uczuć, którego ktoś, kto tego nie doświadczył, nie jest w stanie sobie wyobrazić. Ledwo, i z pewnym wstydem, z uczuciem: nie powinnam, co za ohydny voyeuryzm tu odstawiam, brzydzę się przecież takim zachowaniem (co jest nieuzasadnione, ponieważ Nick Cave sam upublicznił proces żałoby po stracie syna) obejrzałam wideo do utworu "Jesus Alone". A co z tymi, którzy nie mają lub nie chcą mieć potomstwa? Dla nich pozostają słowa Edwarda Muncha (zostawiam w angielskim tłumaczeniu, bo obawiam się, że superzgrabnie nie udałoby mi się tego ubrać w polskie słowa): "From my rotting body flowers shall grow and I am in them and that is eternity".
O co proszą dla zmarłych bliscy? O różne, znane z życia, bo skądże indziej, wyobraźnia zwykłego człowieka nie ma innej matrycy niż to co odbierze z m y s ł a m i, rzeczy. I choć ich głos posiada jeszcze tę właściwość, że mógłby być słyszalnym, to prośba jest szeptem. Tak, jakby człowiek rodził się z wiedzą (i strachem?) o tym, że Tam - gdzie? - mówi się ciszą. Cisza to spokój, a spokój to bezpieczeństwo. A instynkt samozachowawczy pracuje na pełnych obrotach i żeby mózg nie zwariował, podsuwa różne myśli; niektórzy nazywają je nadzieją.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz